Z zespołem múm zapoznałam się na krótko przed koncertem. Jak bardzo islandzka grupa potrafi zawładnąć żądnym ciekawej muzyki człowiekiem? Przekonałam się o tym na własnej, gęsiej skórce.

Jestem kompletnym laikiem, jeśli chodzi o múm, ale muszę przyznać, że to, co wyprawiali na scenie ci multiinstrumentaliści, przechodziło ludzkie pojęcie. Wytworzyli trochę mroczny, ale przyjemny klimat, a słuchacze zapadli w trans. Występ islandzkich muzyków oddziaływał na wszystkie zmysły. Mimo że gra świateł była dopasowana do brzmienia tej eksperymentalnej i oryginalnej grupy, nie mogłam przestać zasłuchiwać się w jej muzykę z zamkniętymi oczami. Doskonale wpływała na wyobraźnię, a mózg nadzwyczaj chętnie przywoływał na myśl lasy skrywające mnóstwo tajemnic czekających na odkrycie.

Szczerze mówiąc, trochę mi niezręcznie, że mogłabym się zachwycać bez końca zespołem, który jeszcze miesiąc temu znałam jedynie z nazwy. Daje to jednak do zrozumienia, jak silną (ale jednocześnie łagodną) muzykę wykonują członkowie grupy. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej w klubie Basen, ani jednego zawieszenia się podczas koncertu i ani jednego słowa pochwały. Jeśli ktoś jeszcze nie zna zespołu múm, a lubi, gdy muzyka dociera do najskrytszych zakamarków duszy, koniecznie powinien się z nim zapoznać.

Warto także zaznajomić się z równie zdolnym artystą – Sinem Fangiem, który supportował zespół. Tworzył on idealny wstęp do koncertu głównej gwiazdy wieczoru. Soczysta i zarazem nienachalna dawka elektroniki sprawiła, że wszyscy dobrze nastroiliśmy się do koncertu múm. Pozytywnym akcentem był także wspólny występ Sindri’ego Mára Sigfússona z múm podczas jednego z ich utworów, a kwintesencja islandzkiego brzmienia przekroczyła wtedy wszelkie granice.

Koncerty múm i Sina Fanga były moim pierwszym, tak bezpośrednim obcowaniem z islandzką muzyką. Zachwyciły mnie na tyle, że mam nadzieję, iż na tym się nie skończy.

Nie ma więcej wpisów