Tomek Makowiecki powraca po sześciu latach z najlepszą płytą w swojej karierze. Album Moizm, nad którą pracował przez trzy lata, to krążek, który na nowo określa jego muzyczny charakter. O płycie, tekstach i zespole Kamp! przeczytacie w poniższym wywiadzie.

musicis.pl: Co działo się z Tomkiem Makowieckim przez ostatnie sześć lat jego życia?

Tomek Makowiecki: W zasadzie to dopiero dziś zdałem sobie z tego sprawę, że przez te ostatnie kilka lat, mimo wszystko, bardzo dużo wydarzyło się u mnie muzycznie. Mówię mimo wszystko, bo bardzo często ludzie pytają mnie o to, gdzie byłem przez ten cały czas. Znaczy to dla nich, że jeśli nie jesteś obecny w mainstreamie, to po prostu cię nie ma, nie istniejesz. A ja przez ten cały okres przecież pracowałem i koncertowałem z No! No! No! czy Silver Rocket, a przede wszystkim założyłem rodzinę, mam dwójkę dzieci.

musicis.pl: Jestem świeżo po przesłuchaniu Twojej najnowszej płyty zatytułowanej Moizm i od razu zapytam – czy ten album jest pewnego rodzaju wypadkową tego wszystkiego, co wydarzyło się w Twoim życiu zarówno prywatnym, jak i artystycznym na przełomie kilku ostatnich lat? Pewnego rodzaju odcięciem się od wcześniejszych dokonań?

Tomek Makowiecki: Wydaje mi się, że ten album jest rzeczą, w której odnalazłem spokój. Również całą moją energię włożyłem w płytę. Dziś, gdy jej słucham, zauważam, że jest tam mnóstwo czasu, przestrzeni, dużo spokoju, a moje życie wcale takie nie było. Moizm jest ujściem, za sprawą którego mogę dopiero dziś powiedzieć, że ten upragniony spokój osiągnąłem. Pomimo tego, że przez trzy lata intensywnie pracowałem nad płytą, to ona się co jakiś czas pojawiała, oddalała, traciłem do niej dystans i odzyskiwałem. Dziś, kiedy ją oddaje, czuję się dokładnie tak, jak na tej płycie słychać.

musicis.pl: Czyli tą płytą robisz krechę pomiędzy Tomkiem Makowieckim a mainstreamem?

Tomek Makowiecki: W sumie to od tego mainstreamu już dawno się odciąłem, a pracując nad nową płytą, nie zastanawiałem się, czy powinienem to robić według jakiegokolwiek schematu, jak to zostanie odebrane i co ktoś o tym wszystkim powie. Pozwoliłem sobie na wiele eksperymentów. Nie miałem żadnego cenzora, który podczas prac nad tą płytą siedziałby obok i doradzał. Często, jak pracowałem nad wcześniejszymi produkcjami, to słyszałem opinie, że może i to moje eksperymentowanie jest dobre, ale tego się tak nie robi w muzyce, że to jest wręcz niedopuszczalne, co chciałem zrobić…

musicis.pl: Po prostu niekomercyjne?

Tomek Makowiecki: Według komercyjnych standardów, powinienem tę płytę nagrać całkowicie po polsku i w zupełnie inny sposób technicznie i aranżacyjnie. Jednak tym razem przy nagrywaniu płyty było dużo improwizacji i, co najważniejsze, nie było strachu przed zabawą dźwiękiem, formą i eksperymentowaniem. Jak miałem ochotę wziąć kabel i podłączyć pod wzmacniacz i wzbudzać go prądem, to po prostu to robiłem.

musicis.pl: Jednym z takich eksperymentów było zaproszenie do współpracy Józefa Skrzeka i Władysława Komendarka?

Tomek Makowiecki: Ta współpraca wywarła na mnie ogromne wpływ. Dla mnie osobiście, dzięki współpracy z mistrzami elektronicznej awangardy, ta płyta wzbiła się na inny poziom.

musicis.pl: Wydawca patrzył przychylnym okiem na te Twoje eksperymenty?

Tomek Makowiecki: Myślę, że nie wszystkim się to podobało. Dostałem nawet telefon z informacją, że chyba coś w jednym numerze się zepsuło bo strasznie brumi. Na co ja odpowiadam, że faktycznie brumi, ale ma tak zostać.

musicis.pl: Więc postanowiłeś na tej płycie iść pod prąd obecnych trendów muzycznych?

Tomek Makowiecki: Trudno jest mi powiedzieć, co jest dzisiaj modne. Wychodzi tyle zróżnicowanych płyt na świecie. Można uogólniać i powiedzieć, że elektronika jest obecnie na czasie, ale przecież wychodzi też wiele świetnych płyt folkowych. Nie wiem, czy ta płyta jest nowoczesna.

musicis.pl: Więc jaka dla Ciebie jest ta płyta?

Tomek Makowiecki: Jest dokładnie taka, jaka chciałem, aby była. Nie ukrywam, że to dla mnie najważniejsza rzecz jaką nagrałem w życiu. Chociażby z tego powodu w jakim miejscu, czasie się znajduję i z jakimi ludźmi przy niej pracowałem.

musicis.pl: Moizm zarówno od strony brzmieniowej, jak i tekstowej jest płytą niezwykłą. Smaku dodaje fakt, że za te dwie rzeczy odpowiedzialne są różne osoby. Jak udało się to połączyć w tak piękną całość?

Tomek Makowiecki: Teksty polskie napisał dla mnie Marek Jałowiecki, a angielskie wersje Graftmann. W momencie, kiedy powstawała muzyka wysyłałem ją Markowi i opisywałem mu swoje odczucia, przemyślenia, obrazy, które rodziły się, słuchając muzyki. Opowiadałem mu o stanie, w którym wtedy się znajdywałem. Mamy na tyle podobną wrażliwość, że w momencie, kiedy dostawałem gotowe teksty, wiedziałem, że idealnie pasują do muzyki, którą skomponowałem. Odbieram je jako swoje.

musicis.pl: Najbardziej trafiony tekst na płycie to…?

Tomek Makowiecki: Piosenka, która na płycie znajduje się jako ostatnia, zatytułowana Ostatni brzeg, została napisana na podstawie filmu o tym samym tytule z 1959 roku (w reżyserii Stanley’a Kramera – przyp. red.). Słuchając muzyki do tej piosenki, opowiedziałem Markowi Jałowieckiemu o filmie Melancholia, który jest mi bardzo bliski, a on napisał tekst na podstawie filmu Ostatni brzeg, który podobno jest jeszcze lepszy niż film Larsa von Triera. Zresztą, z Markiem współpracuję już od dawna i czasami rozumiemy się bez słów. Mamy podobną wrażliwość.

musicis.pl: Słuchając płyty Moizm, mam w głowie mnóstwo obrazów, które opisują poszczególne utwory. Jest to dla mnie pewnego rodzaju soundtrack. W jaki sposób Ty odbierasz muzykę?

Tomek Makowiecki: To, co mówisz, jest dla mnie najlepszym komplementem, jaki mogę usłyszeć. Uwielbiam podczas słuchania danej płyty moment, w którym w mojej głowie pojawiają się obrazy. Wtedy już wiem, że to jest to, czego w danym momencie chcę słuchać. Może to banalnie zabrzmi, ale w muzyce, sztuce szukam prawdy i tych prawdziwych emocji. I dlatego ta płyta jest całkowicie szczera, całkowicie moja.

musicis.pl: Czy wydając tak szczerą i prawdziwą płytę, masz jakiekolwiek obawy?

Tomek Makowiecki: Nie, w tej chwili nie. Ten materiał na tyle już we mnie dojrzał, że w tym momencie niczego bym w nim nie zmienił. Największy stres, jaki miałem, był w momencie, gdy grałem premierowy koncert z tym materiałem. Spotkałem się wtedy z ludźmi, którzy przyszli na mój koncert, nie wiedząc, czego mogą się spodziewać. Grałem utwory, których wcześniej nie słyszeli. Pamiętam, że miałem ogromną tremę, a ona naprawdę rzadko mnie dopada. Teraz, gdy gram koncerty z tym materiałem, czerpię z tego ogromną frajdę.

musicis.pl: A nie boisz się tego, że chyba po raz pierwszy tak naprawdę pokazujesz słuchaczom 100% swoich emocji? Nie obawiasz się tego artystycznego ekshibicjonizmu?

Tomek Makowiecki: Coś w tym jest. Na co dzień nie lubię o sobie za dużo mówić. Zdecydowanie wolę wyrażać się przez muzykę. Bycie muzykiem polega w pewnym sensie na byciu ekshibicjonistą. Im bardziej wylewasz z siebie te wszystkie emocje, tym jest to bardziej szczere. Wiadomo, że jest coś takiego jak fikcja literacka, która także się pojawia, ale ja zdecydowanie staram się w tym wszystkim być sobą.

musicis.pl: Skoro jesteś człowiekiem, do którego trudno trafić, to jak radzisz sobie podczas koncertów, w kontakcie z publicznością?

Tomek Makowiecki: Po każdym koncercie po prostu zdecydowanie czuję się lepiej. To jest tak jakbyś poszedł do najlepszego psychologa w mieście.

musicis.pl: Czy kiedykolwiek w przeciągu tych kilku lat pojawiła się chwila zwątpienia?

Tomek Makowiecki: Był taki moment, w którym zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens wydania takiej płyty. Zwłaszcza, że zrobiłem album, który powinno się słuchać od początku do końca. A pamiętaj, że żyjemy w czasach, w których nie słucha się już płyt w całości. W dobie serwisów streamingowych mniejsze jest zainteresowania albumami, często słucha się jedynie singli.

musicis.pl: Tak, to zdecydowanie nie jest płyta singlowa, ale znajduje się na niej jeden utwór, który zdecydowanie odbiega od całości…

Tomek Makowiecki: Mówisz o Holidays in Rome?

musicis.pl: Tak. I czy nie wydaje Ci się, że ludzie mogą pomyśleć, że robisz sobie z nich żarty? Promujesz świetny album singlem, który brzmi zupełnie odmiennie niż reszta materiału.

Tomek Makowiecki: Dlaczego miałbym tego nie zrobić? Z pewnością część osób, które przesłucha tej płyty, może się zdziwić. Tylko, że to nie jest tak, że ta płyta jest w całości melancholijna. Tak jak wspominałem wcześniej, wiele jest na niej eksperymentów i są tam momenty, które ja nazywam epileptycznymi wyskokami. Ale jeżeli chodzi o Holidays in Rome, wyszło tak, że ten kawałek powstał przez przypadek na próbie. Zaczęliśmy się nim jarać i zrobiliśmy to. Zastanawiałem się, czy w ogóle ten kawałek powinien znaleźć się na płycie. Mogę odpowiedzieć pół żartem, pól serio, że na singla wypuściłem gniota.

musicis.pl: I teraz część internetowych mądrali porównuje Cię do zespołu Kamp! i Junior Boys.

Tomek Makowiecki: Mogę to odebrać tylko i wyłącznie jako komplement i trochę mnie to bawi. Ten kawałek stricte nawiązuje do muzyki z lat 80. Instrumenty, które zostały przy nim użyte, są w dużej mierze instrumentami z tamtych lat – syntezatory, automaty perkusyjne. I ten numer można porównać do wszystkiego, co zostało nagrane w tamtym okresie. To jest swego rodzaju ukłon w stronę tamtych czasów. Ja nawet świadomie w tym kawałku użyłem wokalizy, która nawiązuje do Bronski Beat i do tego nikt się nie przyczepił. Nikt tego nie pamięta, bo wszystkim się wydaje, że zespół Kamp! – z całym szacunkiem i sympatią do chłopaków – wymyślił to brzmienie. To, że lubimy porównania, jest chyba zakorzenione gdzieś w naszej mentalności. Mnie to osobiście nie dotyka i Kamp! jest spoko.

musicis.pl: Dla kogo jest ten album?

Tomek Makowiecki: Słyszałem takie opinie, że nie da się przy niej sprzątać domu, pracować czy czytać książki. Po prostu musisz jej wysłuchać od początku do końca. Dla mnie to jest ogromny komplement. Jest to pewnego rodzaju skupienie, którego w dzisiejszych czasach wielu z nas potrzebuje. To jest dobra płyta dla wszystkich, którzy np. ciężko pracują w korporacjach i po powrocie do domu chcą odreagować, przenieść się w inny świat.

musicis.pl: Jesteś bardziej las czy beton?

Tomek Makowiecki: Zdecydowanie las. Beton tylko czasami.

Nie ma więcej wpisów