Obok Kiss Land można przejść obojętnie. Poczuć się znudzonym kolejnymi historiami oplecionymi wizjami seksu za pieniądze, opisem niespełnionych uczuć topionych w nałogach. Chciałoby się, aby Abel Tesfaye jednak czymś zaskoczył – nie tylko w kwestii liryki, ale także od strony produkcyjnej. Bo to, co było brudne, mroczne i pociągające, zostaje wygładzone. Studyjne popisy wtłaczają kolejne warstwy kolorów, wolno sączących się sampli, które – znając działania muzyka – stają się po prostu mało istotne.

Trudno znaleźć tu przyciągające na dłużej melodie, klimatyczne sekwencje (jak klawiszowe wtrącenie w The Town) czy zmiany tempa, które ożywiają album, tak jak ma to miejsce w przypadku utworu tytułowego. Pomijając już pewną przykrą sprawę z wykorzystaniem podkładu Portishead, to właśnie Belong to the World broni się w tym zestawie najbardziej, nie tylko samym tempem i wzbogaceniem energią Machine Gun, ale także wyraźniejszym podejściem do kwestii ukazania swoich przygód. Całkiem lepiej niż sprawnie działa też odcień disco w Wanderlust, gdzie podkład Precious Little Diamond Fox the Fox uzyskuje falset Micheala Jacksona.

Także na tych dwóch przykładach można stwierdzić, że najciekawsze elementy to te, gdy wokal przedziera się na pierwszy plan, a nie jest zagłuszony cierpiętniczym stanem Tesfaye, nawet jeśli dostajemy wersety w stylu złotych myśli dla nastolatek: good girls go to heaven / and bad girls go everywhere. W tym wypadku przykrym staje się słuchanie powtórzeń coraz bardziej żenujących opisów samczych, seksualnych zachowań, przeciwko którym demonstrację mogłyby podjąć zastępy feministek. Bolączką The Weeknd staje się nie tyle jego wizja hedonistycznego przeżywania, a przewidywalność, którą zaczyna wytwarzać.

Trudno więc powiedzieć, że Kiss Land przynosi coś zupełnie nowego, jakąś odmianę w stosunku do wydanej niedawno w pełnej okazałości Trilogy. Nawet występ Drake’a okazuje się wątpliwy, bo Live For brzmi, jakby było w zupełności podyktowane spóźnioną promocją Take Care, albo zapomnianym kawałkiem z tej płyty. I choć nie do końca pasuje do przedstawionej koncepcji, staje się jednak na tyle świeże, że działa. Co jednak najgorsze, trudno jest określić jakikolwiek utwór z oficjalnego wydawnictwa ciekawszym i lepiej przygotowanym, niż wszystko co do tej pory słyszeliśmy. Po części wrażenie to będzie związane z poznaniem narracji The Weeknd w jego wcześniejszych pracach, ale to i tak nie zaburza spojrzenia na tę płytę, która pozostaje pod wieloma względami rozczarowująca. Lecz nie dziwnym będzie, jeśli bez obcowania z House of Balloons, ktoś przedstawi Kiss Land korzystniej niż ja.

Nie ma więcej wpisów