Piątego października wrocławski klub Firlej odwiedził zespół, który w pewnym stopniu rozsławił tzw. post-rock. Instrumentalna grupa 65daysofstatic odwiedziła Polskę już po raz kolejny, tym razem zabierając jako support inną instrumentalną grupę – sleepmakeswaves. Zbieżność pisowni? Zdecydowanie nie.

Zazwyczaj jest tak, że kiedy gra support, ludzie się dopiero schodzą, a kiedy pod sceną zaczyna w końcu brakować miejsca, to zgromadzony tłum i tak nie bawi się zbyt dobrze, bo wyczekuje niecierpliwie gwiazdy wieczoru. Jednak tym razem w Firleju było inaczej – kiedy na scenie pojawili się sleepmakeswaves, sala już była wypełniona, a z każdym kolejnym utworem fani wczuwali się coraz bardziej w brzmienie, które Australijczycy zaprezentowali nienagannie, wykorzystując każdy milimetr sceny, dzięki czemu atmosfera była tak pozytywna.

Kiedy jednak przyszedł czas na zmianę zespołu, a na scenie pojawili się 65daysofstatic, wszystko diametralnie uległo zmianie. Brakowało tej mocy, którą chwilę wcześniej na scenie zaprezentowali poprzednicy. Joe Shrewsbury po kilku utworach i problemach z nagłośnieniem (których sleepmakeswaves nie doświadczyli) powiedział do techników, że koncertują jak szaleni i są potwornie zmęczeni, więc lepiej niech wyłączą reflektory skierowane prosto na nich i zaczną nimi razić publiczność.

Co prawda, pod koniec można było wyczuć, że w publice w końcu obudziła się ekscytacja, ale towarzyszyła ona raczej starszym utworom grupy, a nie tym nowszym. I o ile na palcach jednej ręki mogę zliczyć koncerty, podczas których support przerósł główną gwiazdę, tak ten koncert jest nie tylko przykładem takiego stanu rzeczy, ale również przykładem lekkiej ignorancji, której muzycy nie powinni prezentować.

Nie ma więcej wpisów