Muzyka gitarowa w Polsce zdecydowanie wraca do łask. Nie za sprawą mody, a za sprawą utalentowanych młodych muzyków, którzy nie silą się na przebojowość i wbicie się w aktualnie panujące trendy. U nich liczy się autentyczność, bo w dźwiękach generowanych przez te zespoły słychać wszystko to, co bliskie ich sercom i muzycznym gustom. To właśnie ta nieskrywana szczerość i prawdziwa emocja jest tym, co cenimy i czego w muzyce szukamy.

W przypadku poznańskiego Szezlonga kluczową nazwą nakreślającą w sporej mierze to, czego możemy się po tej czwórce spodziewać, jest Modest Mouse. To było pierwsze skojarzenie, które przyszło mi do głowy, gdy pierwszy raz zetknęłam się z ich twórczością. Inspiracje właśnie tym, a nie innym zespołem słychać tu od samego początku, ale panowie nie kopiują Amerykanów, tworząc tym samym ich polski odpowiednik, a jedynie czerpią z ich wczesnej twórczości natchnienie, tworząc własny, niepowtarzalny styl. Trochę pozornego chaosu, szaleńczego zgiełku, kontrolowanego hałasu i zgrzytów w przypadku tej kapeli dają piorunujący efekt. W ich opisie pojawiają się słowa, że grają oni w poszukiwaniu nieszablonowego brzmienia, nieskrępowanej ekspresji i niepospolitej szczerości. Wsłuchując się po kolei w każdy kolejny utwór z ich debiutanckiej płyty, trzeba przyznać, że plan został zrealizowany w stu procentach.

Album składa się z ciekawych, przemyślanych i spójnych kompozycji. Nie ma co się silić na znalezienie tutaj słabego punktu – takiego po prostu nie ma. Mimo że Learned Helplessness to jedynie osiem utworów, plus jeden bonusowy hidden track, to po przesłuchaniu całości nie występuje uczucie niedosytu. To za sprawą tego, że z każdym kolejnym utworem Szezlong serwuje nam świetną, niezwykle bogatą podróż w świat amerykańskiego rocka lat 90. Wypełniają przestrzenie brudnym wokalem, często przechodzącym w szaleńczy wrzask, hałaśliwymi gitarami i świetną pracą sekcji rytmicznej. Gwarantuję, że na jednym przesłuchaniu romans z tym zespołem z pewnością się nie skończy.

Moją uwagę przykuł już kawałek Improper – jeden z pierwszych, jaki w ogóle ujrzał światło dzienne, a którego melodia została mi w głowie na długo po jego przesłuchaniu. Nadal jest to najbardziej przebojowy i singlowy utwór wśród wszystkich, które trafiły na krążek. Co więcej, pomimo biegu czasu, wciąż odznacza się tą samą świeżością. Jednak kiedy pierwszy raz przyszło mi się zetknąć z kawałkiem Naive (otwierającym całe wydawnictwo), a było to ładnych parę miesięcy temu, na jednym z koncertów zespołu, to właśnie ten, a nie inny kawałek stał się moim faworytem i miałam cichą nadzieję, że podczas selekcji nie zostanie pominięty i skazany na zapomnienie. Wersja albumowa nie zawiodła moich oczekiwań. Moment, w którym cały utwór gwałtownie zmienia klimat, to prawdziwa magia, która uderza w słuchacza, zaskakując napięciem stworzonym przez kontrasty pomiędzy krzykiem Maczaluka a spokojniejszymi momentami melodyjnie płynących gitar. Warto w tym momencie powiedzieć, że to nie koniec świetnych momentów, bo ta płyta nie ma tzw. zapychaczy, za to perełek – gwałtownych zmian tempa, wzrastającego napięcia i chwil totalnego odlotu – jest na niej na pęczki. Szezlong to jednak nie tylko krzyk, brud i hałas – swoje w pełni spokojne oblicze pokazują w dwóch utworach: Out of Order oraz Circles i wcale nie jest im z takim klimatem nie do twarzy. Udowadniają, że potrafią ekspresyjnie grać bez wchodzenia w potężne decybele, a wręcz przeciwnie. Szczególnie Circles wywołuje szczególne emocje i porusza te najczulsze, najdelikatniejsze sfery wrażliwe na muzyczne piękno.

Panowie z Szezlonga dokładnie przemyśleli każdy krok, tworząc ten krążek. Nie ma tu miejsca na nudę, żaden z utworów nie znalazł się przypadkowo w tym, a nie innym położeniu. Ponadto, nie ma tu żadnej ściemy, żadnego grania pod publikę. Jest tylko czysty, bezkompromisowy rock rodem zza oceanu, który narodził się w nich zupełnie naturalnie. Panowie wyszli z egzaminu pt. pierwsza płyta z oceną bardzo dobrą z plusem – pokazali spójny, przemyślany i muzycznie dopracowany album, którego słuchanie to czysta przyjemność. Learned Helplessness to pozycja obowiązkowa w kategorii tegorocznych debiutów. Nie chcę im dawać oceny celującej tylko z jednego powodu – już czekam na to, co pokażą w przyszłości. Ale z ich muzycznym wyczuciem i pomysłem na siebie – jestem przekonana, że warto uważnie przyglądać się temu kwartetowi. Oni mają jeszcze wiele do powiedzenia.

Nie ma więcej wpisów