Fani brytyjskiego trio z zachodniego Londynu prawdopodobnie znają już na pamięć trzeci album studyjny White Lies, który ukazał się na początku sierpnia. Zespół współpracował przy nim z producentem swojego pierwszego dziecka – To Lose My Life – Edem Bullerem. Rzeczywiście, stylistycznie Big TV bardziej przypomina pierwszy krążek niż poprzedni – Ritual. Utrzymany w tym samym, mrocznym tonie Big TV wprowadza w świat melancholijnych, nostalgicznych dźwięków silnie wzbogaconych syntezatorem i wszelkiego rodzaju pogłosami.

Pierwszy nieoficjalny utwór, czyli wypuszczony w czerwcu Getting Even zwiastuje pewną nowość w dotychczasowej estetyce White Lies. Jest to kompozycja bardziej elektroniczna niż gitarowa, z mocnym, elektropopowym brzmieniem i energicznym syntezatorem.

Najwyraźniej tego typu zmiany zostały pozytywnie przyjęte przez fanów, bo Getting Even zdołało uplasować się na pierwszych miejscach radiowych list przebojów niedługo po udostępnieniu go do darmowego pobrania z serwisu SoundCloud.

White Lies twierdzą, że jest to ich najbardziej melodyjny album. Powiedziałabym raczej, że najbardziej romantyczny, ponieważ eksploruje wciąż (nie)wyczerpane wątki miłosne oraz, jak na romantyzm przystało, tęsknotę za czymś nieosiągalnym, co wyraża się szczególnie w tekście utworu Heaven Wait. Utwory zawarte na Big TV przedstawiają losy dwójki bohaterów, którzy przenoszą się z małej miejscowości do dużej metropolii. Często pojawia się też motyw równości obu partnerów w związku.

Płyta wzbogacona jest kawałkami Space I i Space II, które są kosmicznym interludium w stosunku do reszty piosenek. Kosmicznym dlatego, że nawiązuje do okładki krążka. Jest to obraz nowojorskiego artysty, Michaela Kagana, ukazujący prawdopodobnie pilota statku kosmicznego, zatytułowany Pilot 2. Odwołanie do kosmosu jest więc tutaj widoczne dosłownie, już na pierwszy rzut oka.

Entuzjazm po przesłuchaniu Getting Even ustępuje niestety lekkiemu rozczarowaniu po premierze pierwszego oficjalnego singla i wideoklipu do There Goes Our Love Again, który pod każdym chyba względem kieruje się w stronę przeciętnego, popularnego pop-rocka. Na szczęście pozostałe utwory, oprócz równie szablonowego First Time Caller, nawiązują do ciekawszych nurtów muzycznych, takich jak cold-wave czy new romantic z lat osiemdziesiątych. Największe wrażenie robi chyba tytułowy Big TV, ale nie da się również przejść obojętnie obok Goldmine, Change albo Heaven Wait. Im więcej pogłosu, syntezatora i elektroniki w połączeniu z magnetyzującym głosem Harry’ego McVeigha, tym lepiej.

Niektórzy twierdzą, że Big TV jest najlepszym dotychczasowym albumem White Lies. Powiedziałabym, że jest to raczej kontynuacja poprzednich krążków, lekko uspokajająca ogólny nastrój utworów. Na następnej płycie spodziewałabym się jednak większego zaskoczenia, szczególnie jeśli chodzi o teksty, za które chłopcy dostają ode mnie minus jeden punkt. White Lies zagrają już niedługo w warszawskiej Stodole, więc zobaczymy, jakie będą wrażenia po wysłuchaniu nowego materiału na żywo.

Nie ma więcej wpisów