Czas, gdy wiele zespołów wypływa na flircie z elektroniką sprzed trzydziestu lat, nadal uznać należy za wciąż funkcjonujący. Niejako w taki trend wpasowuje się At Home, który w poszczególnych nagraniach stara się być raczej wierną, choć nowocześniej wypracowaną, kopią klimatu lat 80. i poniekąd na tej zachowawczości traci. W takich sytuacjach nawet anielski wokal Sarah P, która czasami zdaje się przemieniać w Karen O, nie jest w stanie unieść ciężaru płyty. A jednak zbyt daleko idącą opinią byłoby stwierdzenie, że Keep Shelly in Athens wyszliby na tym wszystkim lepiej, nie wydając debiutanckiego albumu.

Oczywiście At Home bywa dobrą porcją wypoczynku, który można odnaleźć, słuchając Oostende czy znanego już singla Recollection, ale też jest to zadowolenie raczej umiarkowane, przeznaczone raczej dla tych, którzy z greckim duetem wcześniej się nie zapoznali. Na szczęście gdzieś między przestrzeniami daleko bezpiecznymi, centralna część płyty ma swoje ujście, łącząc syntezatorowe przestrzenie z odniesieniami hip-hopowymi czy nawet post-dubstepem.

Ciągłość jednostajnych, pozbawionych zmian tempa i nagłych stylistycznych oraz dźwiękowych rozwiązań ustępuje miejsca głębszym pulsom, wyeliminowaniu stonowania, migotliwym bitom (Madman Love czy znane DIY). Mamy też Higher z quasi-rapowaną wstawką, które brzmi jak pretendent do miana trip-hopu naszych czasów. Dostajemy najciekawszą chyba propozycję, jaką jest progresywne, cechujące się rockową werwą Room 14 (I’m Fine), które trafia w tony bliższe Hooverphonic czy Tricky’ego. Ale przedstawione podejście duetu do tworzenia kompozycji nie jest w stanie zagwarantować im radiowej rozpoznawalności. Bo odchodząc już nawet od różnorodności tego, co przestawiały każda z EP-ek, tutaj jakość poszczególnych utworów nie powoduje nieustannego ich odtwarzania.

Mimo wszystko, At Home wypada najgorzej na starcie i przy końcu, gdzie serwuje konfundujące, ponad jednominutowe elementy, które nie sposób nazwać przerywnikami i niczym innym jak szkicami. Co gorsza, dream popowa atmosfera pierwszych numerów z debiutu zdaje się być mało charakterystyczna i nazbyt oczywista (Flyway), jak na coś, co powinno przykuć nasze zmysły. Tak niekorzystna w odbiorze klamra spycha gdzieś wizję utrzymania kontaktu z wypracowanymi przez czterdzieści minut dźwiękami, nawet jeśli dodać do tego koncertowy pokaz możliwości Keep Shelly in Athens w postaci Hover. Tu jednak nawet entuzjazm parkietowych szaleństw nie przysłania poczucia zawodu, jaki rodzi ten debiut. Tym bardziej odczuwalny dla kogoś, kto czekał na niego niecierpliwie od kilku lat. Nie wiem więc, kto miałby poczuć się jak w domu. Kto mógłby z powyższego przywołać obraz Grecji, nawet gdy nigdy na jej lądzie nie postawił swojej nogi. Bo zdaje się, że nawet sam zespół, po takim czasie eksperymentów, nie do końca wie, gdzie należy.

Nie ma więcej wpisów