Kolejne – a właściwie pierwsze – przygody Cindi Mayweather wypadają imponująco. Jak na część drugą kinowej opowieści sci-fi powinniśmy dostać wszystkiego dwa razy więcej. Tak też się właściwie dzieje, bo goście dopisują, ale również nieco odmienna stylistyka Suites IV and V przedstawia główną bohaterkę w nieco innej rzeczywistości Metropolis. A całość skupiona w postaci radiowej audycji wywiązuje się sprawnie i swoimi wstawkami on air nie odrzuca. Co więcej, Monáe trzyma się sprawdzonych metod znanych z debiutanckiego krążka – filmowe suity oraz płynne przejścia między utworami – tym samym podtrzymując klimat The ArchAndroids.

Tyle, że The Electric Lady to już zupełnie inny świat. Idąc za tytułem – pełen feministycznych rozpraw, rewolucji emancypacyjnej ukazywanej z różnych perspektyw (Dorothy Dandridge Eyes, Ghetto Woman), ale też zupełnie naturalnie traktujący kolejne etapy człowieczeństwa, które gdzieś przez postać Mayweather się przebija. W prequelu czasów robotycznej rebelii panuje raczej kobiecość czy nawet seksualność niesprecyzowanej humanoidalnie Cindi. A tematy, którym odebrać całą otoczkę geekowskiej fascynacji, pozostają całkiem bliskie popowym standardom. Tu na myśl przychodzą zapadające w pamięć monologi Monáe-Miguel w najlepiej stworzonej do tej pory pościelówie PrimeTime. Kruchość ich wyznań przełamują aranżacyjnie wypełnione po brzegi Q.U.E.E.N czy The Electric Lady opierające się na potędze girl power. Dodatkowym przykładem w tym temacie niech będzie rapująca Monáe.

Nie wysłuchawszy jednak całości tego albumu, opierając się na samym jej koncepcie, można odnieść mylne wrażenie propagandowej działalności, a przypominając sobie (niezbyt wybitne artystycznie) rewolucyjne gesty i słowa Kate Nash, w jakiś sposób zniechęcić się do The Electric Lady. Obraz takiego postawienia sprawy łagodzi jednak artystyczna droga Janelle, która do zadziorności r’n’b i neo-soulowego dance dokłada kolejne smaczki. Klawiszowe, ujmujące gitarowym riffem (Victory, PrimeTime), beztrosko jazzujące, bazujące na brzmieniu bossa novy (Look into My Eyes), ale także śmigające w przestrzeni lat 80., funkujące. A jednak ten eklektyzm, choć i tak mniejszy w stosunku do debiutu, wydaje się bardziej odpowiedni i płynniejszy.

Pierwsze sześć utworów można uznać za absolutnie idealną kreację tego, jak mogłaby potoczyć się część dalsza. I choć w pewnych momentach czuć zmęczenie a druga połowa nie trzyma napięcia i więcej w niej ballad, które raczej nie wywołują wielkiego wrażenia, to jamajskie What an Experience przypomina o tym, dlaczego warto raz jeszcze z The Electric Lady się zmierzyć. Dla czystej przyjemności odkrywania przyszłości sięgającej do najbardziej klasycznych, afrykańskich odniesień. Ale przede wszystkim dla dużej zawartości przebojowości, która niekoniecznie musi wiązać się z miałkością kompozycyjną i brakiem przekazu.

Zresztą, to również jedna z nielicznych tak ciekawie przygotowanych muzycznych sag, która odnosi się do popkultury (will you be electricsheep? / electric ladies, will you sleep?), gatunku science fiction, jak i zabawy konceptem samym w sobie. Podobne odniesienia można przypisać muzyce Coheed and Cambria. To jednak zupełnie inna bajka, która nie bawi tak, jak przygoda w Metropolis – miejscu autentycznym, zaprojektowanym szczególnie ostrożnie, z rozwagą i zmysłem. Elementami, na których przyswojenie nie mógł pozwolić sobie żaden człowiek.

Nie ma więcej wpisów