Punktualnie o godz. 20:00 na scenę weszli No Ceremony///. Zdziwił mnie stopień wypełnienia sali, który był… bardzo wysoki. Biorąc pod uwagę fakt, że Foals na scenie mieli pojawić się planowo dopiero półtorej godziny później, taka frekwencja to dobry wynik. Ten młody zespół z Manchesteru wykonał kawał dobrej roboty, bo pomimo tego, że niewiele było osób mogących śpiewać razem z wokalistką, rozkręcili porządną imprezę, którą można było poczuć nawet na końcu sali. Pół godziny w zupełności wystarczyło, aby ten występ zachęcił do głębszego poznania twórczości grupy.

Po supporcie zaczęły się nerwowe przepychanki – w końcu każdy chciał być jak najbliżej sceny. Zgodnie z rozpiską, główny koncert wieczoru miał się zacząć o godz. 21:30. W głowie jednak krążyły myśli, że prawdopodobnie zacznie się później, przecież zazwyczaj są jakieś opóźnienia. Nic bardziej mylnego! Punktualnie o godz. 21:20 reflektory na scenie rozświetliły się najjaśniej jak mogły, dając fenomenalny pokaz świetlny zsynchronizowany do perfekcji z muzyką. Ekscytacja fanów, którzy przygotowani byli na jeszcze co najmniej 10 minut oczekiwania, była dosyć urocza.

Nie da się ukryć, że Brytyjczycy z Foals byli wyczekiwanym zespołem, o czym świadczą także wyprzedane bilety na dwa tygodnie przed koncertem. Wszyscy już od pierwszych dźwięków byli rozemocjonowani, ale apogeum poruszenia, ciągnącego się do samego końca, zostało paradoksalnie osiągnięte podczas My Number, który jest jednym z singli najnowszego dokonania Foals – albumu Holy Fire. Wszyscy bardzo ciepło i życzliwie przyjęli utwory z ostatniego krążka, co z pewnością dobrze nastrajało muzyków w trakcie ich występu.

Spanish Sahara, jeden z hymnów fanów zespołu Foals, perfekcyjnie współgrał z efektami oświetleniowymi. Spokojna muzyka przerodziła się w żywsze dźwięki, a za jej przykładem poszły światła o zimnych barwach, które stały się wyraźnie cieplejsze i zwiększyły swoją częstotliwość. Late Night to utwór, który stylistycznie kojarzy się z piosenką Spanish Sahara, tyle że po trzech latach. Oba utwory znajdowały się  w bardzo bliskim sąsiedztwie na koncertowej setliście, co dodatkowo potęgowało wrażenie podobieństwa, czego wcale nie powinno się uważać za wadę. Mimo delikatności muzyki, Spanish Sahara i Late Night na żywo brzmiały potężnie i zdecydowanie lepiej niż na słuchawkach w domowym zaciszu.

Na osobną uwagę zasługują także bisy stanowiące idealne dopełnienie koncertu. Większość zebranych spodziewała się wśród nich Inhalera, ale Hummer mógł okazać się nie lada zaskoczeniem. Pojawił się bowiem po raz pierwszy na obecnej europejskiej trasie zespołu. Koncert zakończył się piosenką Two Steps, Twice, która wydawała się nie mieć końca, a Yannis Philippakis przespacerował się po balkonie, po czym efektownie skoczył w tłum. Łatwo zatem uwierzyć w to, że cytat z ProvidenceI’m an animal, just like you – jest jak najbardziej prawdziwy w stosunku do wokalisty Foals.

Na koncercie, zamiast open’erowego deszczu, tym razem popłynęły strumienie potu. I choć chłopaki z Foals nie byli zbyt wylewni, nikt nie miał im tego za złe. Ich hipnotyzująca muzyka broni się sama i nie potrzebuje zbędnych słów.

Na pochwałę zasługuje również metamorfoza Stodoły. Z klubu, o którym myślało się jako o miejscu raczej psującym koncerty, powstało miejsce do nich stworzone. Scena została podniesiona, więc nawet najmniejsi wielbiciele muzyki zobaczą swojego idola, nagłośnienie zostało zmienione, przez co ani przez moment nie można narzekać na jego jakość, bo wszystko brzmi idealnie, a co więcej, w klubie w końcu jest czym oddychać.

Nie ma więcej wpisów