Pytanie kim są Weekend Wolves mija się z celem. Oni po prostu są. A właściwie jest, bo za tym projektem stoi tylko jeden człowiek stacjonujący w Hamburgu. Zbiera w całość złowieszcze dźwięki i bity, by stworzyć muzykę, która jest jak ciemny korytarz, pusty peron, potwór z szafy. Jego piosenki przyprawiają o nocne koszmary – boisz się, ale prosisz o więcej.

Przygoda z Weekend Wolves zaczęła się od remiksów. Koniec 2010 roku przyniósł pierwsze autorskie kompozycje. Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądałyby te piosenki, gdyby miały swój wizualny odpowiednik. Sam autor opisuje swoją muzykę jako olbrzymiego, błądzącego smętnie ducha. Nie słucha ostatnio zbyt wiele muzyki, ale wskazuje, że wpłynęli na niego artyści tacy jak Colder, Neon Indian, Simian Mobile Disco i HTRK.

Korzenie artysty są zupełnie inne od muzyki jaką tworzy i jakiej słucha obecnie. W dzieciństwie otaczały go dźwięki Supertramp, America, Grand Funk Railroad, The Mamas & The Papas oraz Fleetwood Mac. Jednym łącznikiem zdaje się być nostalgia. Niemiec nie dba zbytnio, czy jego muzyka się wyróżnia, używa jednak bardzo charakterystycznych sampli. Główne wyznaczniki to ponury chillwave, znamienne zmiany częstotliwości oraz subtelne gitarowe tło.

Klipy są dość plastyczne. Niemiec dobiera teledyski do swoich piosenek, rozpruwając taśmy ze starych filmów i dzienników telewizyjnych. Nagrania z lat 50. i 60. otaczają muzykę ciekawą, hipnotyczną aurą. Motywy przewodnie? Udręka i zniszczenie. Nawet jeśli wcześniej nie słyszeliście o Weekend Wolves, Niemiec intensywnie pracuje, by zdobyć waszą trwogę i uznanie.

Nie ma więcej wpisów