Skuszony zapowiedziami łączącymi, prócz hip-hopu i drum’n’bassu, także (a może przede wszystkim) dawki jazzu, poczułem się nieco zawiedziony, przesłuchując Fires In The Park, bo czystych elementów jazzowych, choć trudno było się spodziewać, jest jeszcze mniej i podane są w zupełnie inny niż przewidziany sposób. Benin City wprowadza tu koktajl kilku różnych gatunków muzycznych, jako podstawy wybiera odcienie afro beatu, które właśnie najbardziej szlachetnym gatunkiem są tu doprawiane.

Doskonałą formę przyjmuje tutaj Pencils, którego akompaniament melodyjnych i lekkich trąb dopełnia bit i dźwięki strun. Dodatkowo, szaleńczy Joshua Idehen śpiewa, mówi, krzyczy i robi swoim aparatem mowy wszystko co może, aby wzbogacić kompozycję, a jednocześnie nagromadzenie dźwięków nie sprawia, że utwór staje się przeładowany. Nie jest przesadnie zauważalny pośród o wiele bardziej melodyjnych form, takich jak choćby Faithless. A jednak obok atmosferycznego Baby, snującego się między wieczornym wytchnieniem a mrocznym, energetyzującym zjawiskiem, staje się jednym z najciekawszych fragmentów tego wydawnictwa.

Często też, zamiast typowego śpiewu czy czegoś na miarę nazwania tego rapem, mamy do czynienia z deklamowaniem odpowiednich treści. Takie po części jest Wha Gwan, taki jest przerażająco smutny This Is London (part 2) w interpretacji Deanny Rogde, który jest apostrofą do miasta jako kochanka. Swoją drogą, London… pokazuje różne oblicza tego debiutu, będąc saksofonową klasyką, która z balladowego wytchnienia i niepewności niejako wybucha, doprowadzając do zupełnie odmiennej części utworu, gdzie mamy do czynienia z flow Idehena. Z kolei My Love jest smutnym monologiem o niebezpiecznej naturze pasji. Ale takich nieco bardziej wysublimowanych tematyk można zaobserwować więcej.

I tak album, który początkowo nie zachwyca i zdaje się być niezbyt przyswajalną hybrydą dźwięków stających się mało dopełniającą całością, przy bliższym przesłuchaniu zyskuje, odkrywa wszystkie atuty. Przyciągający do wysłuchania całości jazz okazuje się elementem składowym, który siedzi głęboko w tle, uwydatniając wokale i tylko od czasu przejmując stery utworu. Na tyle jednak umiejętnie, że nie zaburza struktury ciepła instrumentów i niejednokrotnego chłodu wokali. Hip-hop również jest słyszalny tylko poprzez strukturę podkładu i rapowane wstawki. A całość okazuje się nader przystępna, miejscami nawet czarująca. Wszystko dlatego, że zespół bardzo umiejętnie łączy kolejne muzyczne krajobrazy, pewne kawałki, które powtarzają się od czasu do czasu w kilku kompozycjach. Spajają je, jednocześnie nadają ciągłość, pokazując, że to wciąż jest Fires In The Park.

Nie ma więcej wpisów