Jak co roku na jeden październikowy tydzień do Krakowa przyjeżdżają miłośnicy muzyki intrygującej i nieszablonowej, by wypróbowywać swój zmysł słuchu na wszelkie sposoby podczas festiwalu Unsound. 11. edycja tego wydarzenia prowadzona pod hasłem interference stała się pretekstem do kolejnych premierowych kolaboracji i zaproszenia wyjątkowych projektów.

Propozycją nie do przegapienia na niedzielne popołudnie ostatniego dnia festiwalu był show Hendrika Webera aka Pantha du Prince wraz norweską grupą The Bell Laboratory. Jak brzmi ich współpraca można się przekonać na wydanej 15 stycznia płycie Elements of Light. Jednak odniosłam wrażenie, że prawdziwego doświadczenia dostarcza dopiero usłyszenie kompozycji na żywo, w całej okazałości instrumentarium.

Stłoczeni w hali Muzeum Inżynierii Miejskiej obserwowaliśmy jak pierwsze skrzypce grają… dzwony. Rzekłoby się – idealnie na niedzielę. Mnogość rozłożonego sprzętu robiła wrażenie. Nie pomylę się twierdząc, że większości instrumentów nikt z widzów na własne oczy wcześniej nie widział. Bo jak często na koncertach wykorzystuje się wielgachny, kilkusetkilogramowy karylion (zestaw dzwonów obsługiwany klawiaturą)? Odziani w białe koszule i szare fartuchy artyści wkraczając z małymi dzwonkami w dłoniach uzupełnili ten rodzący się niemalże sakralny nastrój.

W muzyce, która została nam zaprezentowana nie chodzi o konkretną linię melodyczną, którą mamy sobie nucić po wyjściu z obiektu. Rzeczą, która w zamierzeniu zachwyca najbardziej, są perfekcyjne harmonie i czystość dźwięku. Dzwony małe i duże, gongi, ksylofon – wszystko to przenika się i nakłada. Dokładając do tego konsekwentnie prowadzony rytm czyli minimalowy znak rozpoznawczy Webera otrzymujemy zgrabną, podatną na eksperymentowanie całość – Elements of Light odegrane od początku do końca.

W zadziwieniu patrzy się, jak sześcioro muzyków wie dokładnie, kiedy i w co uderzyć, aby powoli intensyfikować słuchowe doznania. Kiedy podczas ostatniego utworu z albumu – Quantum muzycy zeszli ze sceny i wciąż grając na dzwonkach wtopili się w tłum można było poczuć prawdziwą magię (może pominąwszy odgłosy przy zetknięciu się z porozrzucanymi przez publiczność puszkami) Niezwykła frajda – tropienie muzyków słuchem, a nie wzrokiem, a wrażenie, gdy zasłuchana spostrzegłam białą postać wysuwającą się zza pleców – bezcenne.

Po Quantum grupa doczekała się ogromnych (i zasłużonych) owacji, by zakończyć występ dwoma utworami z dyskografii Webera. Lay in Shimmer i Satellite Snyper przearanżowane na nowe instrumenty, na powrót rozbujały wyciszoną publiczność, która najchętniej przedłużyłaby koncert o następną godzinę.

Umiejętność budowania dźwięku przez Panthę i Bell Laboratory jest naprawdę imponująca. Może dla niektórych było to wydarzenie z gatunku raz i nigdy więcej, niemniej jednak mnie takie koncerty uświadamiają, ile przestrzeni zawiera w sobie słowo muzyka. Gorąco polecam, jeżeli będziecie mieli jeszcze kiedyś okazję się na nich natknąć.

Nie ma więcej wpisów