I znowu dowiadujemy się, że tysiące spragnionych muzycznych doznań słuchaczy skrycie podziwiało Makowieckiego, że tak naprawdę kibicowali mu od początku jego muzycznej drogi, jeszcze za dobrych, choć nieco ruszonych rdzą, czasów Makowiecki Band i tej prostej pop-rockowej formuły. Ale nie ma się co gniewać na tych, którzy przetrwali ostatnie dziesięć lat, nie dbając o skazanych na banicję wyrzutków popkultury. W końcu pochodząc ze świata telewizyjnego show trudno o przepustkę do kręgu śmietanki artystycznej. Tym bardziej, jeśli w niedługim czasie ucieka się od mainstreamu.

A jednak gdzieś po drodze coś pękło. Kariera Ani Dąbrowskiej czy Brodki znalazła swój punkt zwrotny, one same przebiły się do świadomości większości, a za swoją twórczość zostały nagrodzone zarówno przez krytyków, jak i publikę. Casus nowego, odświeżonego spojrzenia na dźwięki dotyka też Makowieckiego, którego Moizm jest przełomem, najlepiej skonstruowanym dziełem jakiego się podjął i stworzył. Można oczywiście ukuć stwierdzenie, że to wciąż tylko paleta odcieni dokonań elektronicznych, której nie można mianować żadnym przełomem, ale ta negacja, mimo oczywistości czerpania z dotychczasowego kanonu muzyki, staje się krzywdząca, a wrzucanie Makowieckiego w popularny odłam działalności Kamp! czy Cut Copy jest zbyt proste.

Estetyka lat osiemdziesiątych, ciepłych klawiszy i syntezatorowych stuków nie jest tu niczym nadzwyczajnym, jeśli oprzeć się tylko na słowach, ale kolejne intymne, oniryczne momenty iskrzą od misternie utkanych, nowocześnie wyprodukowanych kompozycji. Rozmywające się kołysanki (10-minutowe wprowadzenie w postaci Dziecka księżyca) co chwila starają się nas wybudzić z sennej aury, traktując klawiszowymi czy gitarowymi wtrętami, wyraźniejszym bitem, wreszcie melodyjną pulsacją. Zaskakują nagłym post-dubstepowym przełamaniem czy ożywczym wokalem (akustyczno-elektroniczne Las i beton), bawią pewnymi eksperymentami z ciszą czy wręcz przeciwnie – budowaniem dyskotekowego ożywienia w stylu wczesnych Pet Shop Boys (What’s New in Heaven), syntezatorowymi pejzażami (A Summer Sale).

Pojawiające się odniesienia lokujące Moizm obok płyt Jamesa Blake’a nie brzmią do końca pozytywnie, choć nie da się ukryć, że kwestia aranżacji, wzbogacania utworów o kolejne ścieżki wypada całkiem podobnie (Na szlaku nocnych niedopałków, Ostatni brzeg II). Tyle że Blake to nieco inna półka eksperymentu, tutaj bliżej jest do spokoju. Chyba że odniesiemy się do dwuczęściowej suity stworzonej z Józefem Skrzekiem i Władysławem Komendarkiem, która jest mocną, naładowaną instrumentami puentą.

No i na koniec Holidays in Rome, który jest pewnym oszustwem (podobnego dopuścił się ostatnio Dawid Podsiadło), mającym za zadanie przyciągnięcie słuchaczy. Pewnie wielu, którzy przez fascynację singlem sięgnęli po album, poczuło się zawiedzionych, znudzonych, co jeszcze dobitniej pokazuje, że bez tego płyta przeszłaby niemal bez echa. Sam w sobie utwór jest tym większą sztuczką, że pośród mniej dance’owych elementów, sprawdza się w stu procentach.

Dla innych zaskoczenia nie będzie, bo Makowiecki w kwestii sposobu wyrażania myśli i fascynacji dźwiękami od czasu Ostatniego wspólnego zdjęcia niemal się nie zmienił. Wokal dalej jest niechlujny, swoją flegmatycznością podkreślający krótkie, dwu- lub trzyczłonowe wersy. Niezmienny styl opowieści wciąż jest bardziej zarysem, migawkami zdarzeń.

Sam album, mimo wielu odniesień, pewnej delikatności jest pozycją wyrazistą, najlepszą płytą Makowieckiego w dotychczasowej karierze, także tej zespołowej. Moizm okazuje się podsumowaniem tego, co w pewnym stopniu przewijało się u niego do tej pory – fascynacją vintage, która była odskocznią od medialnej pogoni. Trudno jednak stawiać obok tego wszystkiego słowo dojrzałość, skoro takim obwołano znaczną część debiutów ostatnich kilkunastu miesięcy. Pojęcie, choć dość wytarte, pasowałoby tu niemal naturalnie, ale wystarczy tylko zakończyć stwierdzeniem, że tym albumem Makowiecki uplasował się w czołówce tegorocznych wydawnictw.

Nie ma więcej wpisów