Żyjemy w czasach, w których młodzi muzycy mają dwie możliwości wybicia się ponad pozostałych. Można zaprzedać duszę diabłu i wystartować w popularnym programie promującym oceniających, a nie ocenianych albo z uporem maniaka po prostu robić swoje z nadzieją, że ktoś kiedyś doceni nasz trud.

Jednak nawet najlepsze zabiegi speców od marketingu nie są w stanie utrzymać marnego produktu na powierzchni dłużej niż sezon, a prawdziwa muzyka pełna szczerości i wrażliwości obroni się sama. W ogóle wrażliwość w muzyce jest specyficznym darem. Albo się ją ma, albo próbuje się ją różnymi środkami uzyskać, często z miernym tego skutkiem. Są jednak w Polsce młodzi twórcy, którzy muzyczną wrażliwość mają we krwi, a do nich z pewnością należy Tobiasz Biliński, znany szerzej publiczności jako Coldair.

On również reprezentuje tę część młodego pokolenia muzyków, która nie ma zamiaru opowiadać łzawych historyjek do kamery, jednocześnie prosząc o głosy za pośrednictwem sms-ów. Tobiasz tego nie potrzebuje, bo od początku udowadnia wszystkim, że można robić wszystko samemu na odpowiednio wysokim poziomie. Fakt, nie trafia on z muzyką do milionowej rzeszy fanów, a szkoda, bo zdecydowanie powinien, jednak to już chyba specyfika naszego społeczeństwa – aż chce się powiedzieć: cudze chwalicie, swego nie znacie.

Coldair już na początku swojej przygody z muzyką pokazał światu kompozycje urzekające spokojnymi, kojącymi dźwiękami. Na trzeciej płycie nie jest inaczej – Tobiasz ponownie serwuje nam prawie czterdzieści minut prostej, nieco melancholijnej, a zarazem świetnie zaaranżowanej muzyki. Na Whose Blood słychać dodatkowo jedną wspaniałą rzecz – dojrzałość. Nie jest to ten sam Coldair znany z pierwszej i drugiej płyty, chociaż na próżno szukać tutaj diametralnej zmiany brzmienia. Już po pierwszym przesłuchaniu można zauważyć jednak znaczną różnicę – Tobiasz dorósł i wraz z doświadczeniem pojawiła się u niego pewność siebie, która wcześniej wcale nie była tak zauważalna. Tu chyba warto wspomnieć, że to pierwszy album Coldair nagrany z zespołem, który powstał na potrzeby koncertów promujących poprzedni album muzyka. Dzięki temu zabiegowi brzmienie utworów stało się pełniejsze, a najpiękniejsze, szalenie subtelne i jednocześnie niezwykle urzekające aranżacyjne smaczki na Whose Blood pojawiają się wraz z wprowadzeniem w melodię instrumentów dętych i smyczkowych. W tej mnogości dźwięków wciąż chłopięcy, kruchy głos Tobiasza odnajduje się znakomicie, nadając wszystkiemu klimat rodem z marzeń sennych.

Nie pojawią się tutaj dwa najczęściej przytaczane przez recenzentów nazwiska, bo i po co, skoro Coldair powoli, ale konsekwentnie staje się marką samą w sobie. Whose Blood to najlepsza z dotychczasowych płyt Tobiasza i przestaje w tym momencie przeszkadzać fakt, że musieliśmy się nieco na nią naczekać. W końcu bez wątpienia można rzec: warto było. W tym momencie Tobiasz to polska czołówka muzyków młodego pokolenia (ten chłopak ma dopiero 23 lata), którą z powodzeniem możemy się chwalić poza granicami naszego kraju. Po cichu przypuszczam też, że okres, w którym pojawiła się ta płyta, wcale nie jest taki przypadkowy – koniec lata i początek jesieni to czas, w którym dźwięki Whose Blood odnajdą się perfekcyjnie. Ostatnie promienie słońca przeplatane z powoli nadchodzącą jesienną melancholią – właśnie taki jest ten krążek.

Nie ma więcej wpisów