Earl Sweatshirt to młody raper (ma dopiero 19 lat) mający na koncie mixtape Earl z 2010 roku, który odbił się szerokim echem w amerykańskim hip-hopie. Poza tym, artysta aktywnie działa jako członek kolektywu Odd Future. Po trzech latach od premiery swojego pierwszego mixtape’u, Sweatshirt wypuszcza na rynek oficjalny debiut, zatytułowany Doris.

Zacznę od tego, że to jeden z trudniejszych w odbiorze, przynajmniej dla mnie, albumów hip-hopowych w tym roku. Nie chciałbym podawać tego za wadę, ale jestem przekonany, że zwolennikom lżejszych rapowych brzmień płyta ta raczej nie przypadnie od gustu. Kilka odsłuchów i stopniowe oswajanie się z materiałem powodują, że o Sweatshircie mogę powiedzieć tylko, że jest jednym z najciekawszych raperów, z których twórczością przyszło mi obcować w ostatnich latach.

Doris to ciężka, brudna, mroczna, narkotyczna i niepokojąca produkcja, na którą bity zrealizowali m.in. The Neptunes, Samiyan, RandomBlackDude (alter-ego Sweatshirta), Tyler The Creator, The Alchemist, RZA, Frank Ocean czy BadBadNotGood. Już otwierający płytę numer zapowiada materiał o specyficznym, ciężkim klimacie. Wśród utworów, które najbardziej zapadły mi w pamięć są: Molasses, na którym udzielił się RZA i który brzmi jak zapętlona melodia ze spaghetti westernu, Chum na minimalistycznym bicie wykorzystującym pianino, brzmiące nieco tandetnie 20 Wave Caps wraz z udziałem Domo Genesis czy niepokojący Centurion z udziałem Vince’a Staplesa. Wszystkie bity są wręcz niepowtarzalne i jeśli miałbym wyobrazić sobie innego rapera nawijającego na nich, to mógłby to być Tyler The Creator. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że nikt inny nie potrafiłby nawijać pod takie bity, ale tego rodzaju produkcje świadczą o tym, że Sweatshirt nie przypadkiem znalazł się pod skrzydłami Odd Future. Wszystkie podkłady tworzą niepowtarzalne tło dla charakterystycznych nawijek rapera i jego grubego, mrocznego głosu. Doris wykorzystuje najczęściej proste sample i charakterystyczne dźwięki poszczególnych instrumentów.

Każdy z gości podołał swojemu zadaniu, idealnie dopasowując się do konwencji poszczególnych kawałków, jak i charakteru całej płyty. Wszyscy zostali dobrani w sposób przemyślany i nie można odnieść wrażenia, że ktoś na tym krążku znalazł się przypadkiem. Ważne jest także to, że pomimo uznanych gości na płycie, Sweatshirt pozostał motorem napędowym projektu i jego najbardziej hipnotyzującym elementem.

W moim odczuciu, najlepiej zaprezentowaną składową tego albumu jest warstwa liryczna. O ile nie zawsze i nie w przypadku każdego rapera liryka jest dla mnie najważniejsza, tak w przypadku albumu tak niekomercyjnego i spokojnego jak Doris, warstwa tekstowa krążka nie tylko uwidacznia jego wartość, ale i wartość samego artysty. Przyznam szczerze, że na początku zastanawiałem się, skąd takie umiejętności i doświadczenia u dziewiętnastoletniego dzieciaka. Jest błyskotliwym obserwatorem o imponującym zasobie słownictwa, przez co często zmuszał mnie do wnikliwego wsłuchiwania się w poszczególne numery lub wręcz do poszukiwania znaczeń poszczególnych słów czy sentencji. Poza tym, Sweatshirt jest niezwykle szczery, często ironiczny, a jego muzyczne opętanie powoduje, że Doris to często niezbyt przyjemne, aczkolwiek całkowicie pochłaniające słuchacza doświadczenie muzyczne. Dodajmy do tego gry słowne, świetnie rymujące się szesnastki i autopsyjne opowieści, i dostajemy jeden z lirycznie lepszych albumów tego roku. Earl wspomina m.in. o śmierci babci, której zresztą zadedykowana jest cała płyta, o swoim związku i problemach jakie go dotyczą czy o ojcu, który porzucił rapera i jego rodzinę, kiedy ten był małym chłopcem.

Doris to płyta, do której trudno było mi się przyzwyczaić. Liryka i kompozycje wymagają w jej przypadku znacznie więcej cierpliwości, niż to bywa w przypadku bardziej komercyjnych i bujających hip-hopowych projektów. Prawdą jest jednak to, że jak już do tego krążka przywykniecie i dacie mu szansę, to trudno będzie Wam się od niego odzwyczaić. I chyba w tym tkwi magia Doris.

Nie ma więcej wpisów