Nikt już chyba nie liczy, ile razy Editors byli w Polsce. Jednak ilekroć by nie byli, wypełniają każdy koncert potężną i niesamowicie porywającą muzyką.

W poniedziałek porwali fanów w stołecznej Stodole. Zespół, podczas promocji albumu The Weight of Your Love, odwiedził już nasz kraj kilkukrotnie – rozpoczął entuzjastycznym koncertem na tegorocznym Open’er Festivalu, później zagrał 3 października w Poznaniu, 28 października w Warszawie i 29 października w Krakowie. Koncert wieczoru poprzedził występ belgijskiej grupy Balthazar. Niespełna 40–minutowy set dobrego indie-pop–rocka umilił oczekiwanie na bohaterów wieczoru. Niebanalne kompozycje, mocne indywidualnie i jednocześnie idealnie współbrzmiące wokale, akompaniament skrzypiec i pewna chłodna nonszalancja. Z pewnością jeszcze nie raz o nich usłyszymy, jest to zespół o ogromnym potencjale muzycznym. Na głównych sprawców całego zamieszania nie trzeba było długo czekać. Scena była gotowa równie błyskawicznie, jak błyskawicznie zniknęły instrumentu supportu.

Editors porwali tłum i zdawali się nie wypuszczać ze swoich objęć aż do ostatniego brzmienia. Trwające niemalże dwie godziny widowisko zmieniło warszawską halę w centrum euforii dźwięku. Tona muzycznej miłości przeciągnęła się przez Stodołę.

Od pierwszych tonów Sugar, po ostatnie dźwięki przedłużonego Papillon, Editors pokazali, że po przerwie wrócili w spektakularny sposób. Zmiany, które nastąpiły w zespole – zarówno te personalne, jak odejście Chrisa Urbanowicza i pojawienie się w zespole Elliota Williamsa i Justina Lockey, jak i te muzyczne – inspiracja amerykańskimi zespołami przy komponowaniu The Weight of Your Love, zaowocowały nową jakością marki Editors. Najnowsze wydawnictwo formacji pozbawione jest pewnej mroczności, a surowe teksty zastąpiły w dużej mierze piosenki o miłości w pewnym charakterystycznym aranżu. Smith celowo pisze dwuznaczne teksty, żeby ludzie mogli wyciągnąć własne wnioski, a do nowych piosenek nie trzeba się długo przekonywać po odsłuchaniu ich na żywo. Powtarzalność fraz, intensywne riffy, donośna perkusja i niekiedy konwulsyjne sample wydają się być stworzone właśnie do rzeczywistego i bezpośredniego kontaktu z publicznością, o czym można się było przekonać. Na szczęście nerwowe ruchy Toma i dzikość z jaką porusza się po scenie pozostały i w Stodole dał ich niemały popis. Autentyczność kreacji frontmana grupy niezmiennie dodaje uroku całej oprawie koncertów.

Brytyjczycy oszołomili swoich miłośników feerią melodii oraz cudowną atmosferą, czemu publiczność nie pozostawała dłużna, odwdzięczając się zdartymi gardłami i równie wspaniałą interakcją. Na szczególną uwagę zasługuje akustyczne wydanie The Phone Book. Na scenie został tylko Tom i Justin, a część publiczności zmieniła się w chórek śpiewający w ton gitary, co dało dość komiczną, ale pozytywną kombinację. W efekcie Tom i Justin zaczęli się śmiać, a reszta muzyków pojawiła się na scenie wyraźnie rozbawiona.

Eksplozja dźwięków, wybuch emocji, huragan dobrej muzyki, bardzo dobra zabawa – tego wszystkiego mogli doświadczyć fani, którzy kupili bilet na poniedziałkowe show.

A szczęśliwców, którzy pod Stodołą cierpliwie czekali, spotkała nagroda. Tom, Ed, Russell, Justin i Elliot rozdali autografy, przybili piątki, chwilkę pogadali. I pojechali dalej, uszczęśliwiać fanów na kolejnych rewelacyjnych koncertach.

Nie ma więcej wpisów