Na koncie mają zaledwie dwie EP-ki, ale już zdążyli zdobyć pokaźną liczbę fanów na całym świecie. Mimo tego, u nas wciąż o nich cicho, jakby nie istnieli. Mowa tutaj o świetnym trio ukrywającym się pod tajemniczą nazwą Sir Sly. Sam zespół jest bardzo enigmatyczny i trudno na ich stronie znaleźć jakiekolwiek info o tym, kim tak właściwie są twórcy nostalgicznej i niezwykle klimatycznej muzyki. Wygląda to tak, jakby chcieli powiedzieć: nieważne kim jestem, ważne co tworzę i co chcę ci przez to powiedzieć.

Zespół tworzą Landon Jacobs, Jason Suwito i Hayden Coplen, a cała trójka pochodzi z Los Angeles. Muzyka jaką nam serwują zdecydowanie nie kojarzy się ze słonecznym miastem aniołów, a bardziej pokazuje jego smutniejszą, bardziej melancholijną i ciemniejszą stronę. Utwory jakie tworzą to powolne, oparte na rytmie, ale niepozbawione lekkiej melodii ballady. Gitarowe ozdobniki, melodie prowadzone przez syntezatory i podbijające rytm basy – to są główne elementy wyznaczające charakterystyczne cechy Sir Sly. Wokal momentami przypomina Chrisa Martina, a czasem Adama Levine’a, ale panowie nie stronią od korzystania z wielu gatunków i umiejętnie łączą je ze sobą, dlatego znajdzie się u nich miejsce także na elementy rapu. Co się znajdzie w tekstach? Między innymi duchy byłych miłości wciąż dręczące zranione serca.

Cała twórczość Sir Sly to przede wszystkim klimatyczne piosenki utrzymane w rockowo-popowej stylistyce, połączone z elementami trip-hopu i elektroniki. Amerykański wydawca napisał o nich, że są jak spotkanie Maroon 5 z Coldplay. Ja powiem, że z powodzeniem można postawić ich zaraz obok grupy The Neighborhood, bo tworzą w bardzo bliskiej sobie stylistyce. Ktoś powie, że to muzyka dla smutasów. Nie do końca. Ale z pewnością dla ludzi wrażliwych na dźwięki i słowa.

Nie ma więcej wpisów