26 października we wrocławskim klubie Alibi zagrała, jakby nie patrzeć, legenda amerykańskiego hip-hopu. Mowa o Everlaście – raperze, piosenkarzu, tekściarzu, który w swojej twórczości łączy rap, bluesa, klasycznego rocka, country czy hardcore. Ma na koncie kilka solowych albumów, jak i krążki nagrane w ramach składów House of Pain oraz La Coka Nostra. Największym sukcesem komercyjnym muzyka jest niewątpliwie utwór Put Your Lights On z 1999 roku, nagrany wspólnie z Carlosem Santaną, który przyniósł artyście jedyną w karierze nagrodę Grammy.

Przyznam, że koncert nie do końca przypadł mi do gustu. Nie spodziewałem się, że będzie to koncert stricte akustyczny. Po cichu liczyłem jednak na trochę oldskulowego szaleństwa ze strony Everlasta. Moi oponenci pewnie stwierdzą, że z plakatów wynikało jasno, że będzie to koncert typowo akustyczny, promujący ostatni krążek muzyka pt. The Life Acoustic, ale niechętnie przyznają mi również rację, że nie tylko ja liczyłem na to, że usłyszę coś z klasyków, w normalnej aranżacji, a nie tej akustycznej. W końcu Everlast nie przyjeżdża do nas raz do roku, więc liczyłem, że wykaże się również w nieco bardziej energicznym repertuarze i zaserwuje nieco oldskulowego odlotu przy np. Jump Around. Niestety nie, a klasycznie to się mogliśmy co najwyżej poprzytulać, bo muzyk zagrał Jump Around z repertuaru House of Pain w wersji akustycznej, co jest według mnie nieporozumieniem na miarę obecności Paris Hilton w Cash Money Records. Oczywiście jestem w tym miejscu nieprzeciętnie złośliwy, ale Jump Around to Jump Around, a nie ckliwa ballada i, wybaczcie, ale w tej kwestii żaden kontrargument do mnie nie przemawia.

Nie chcę powiedzieć, że koncert brzmiał źle, bo niektóre kawałki w wersji akustycznej są według mnie bardzo dobre, brzmią strawnie, a instrumentalny minimalizm w niektórych numerach sprawdzał się świetnie. Poza tym, koncert nie był krótki (dziewięćdziesiąt minut), więc w tej kwestii muzyk spisał się znakomicie. Dlaczego więc dalej się czepiam? Sam Everlast sprawiał wrażenie kolesia, który przypadkiem zajechał do Polski, bo trzeba odbębnić koncert. To też jest kwestia niedyskusyjna, bo o ile publika była fantastyczna i cały czas krzyczała ksywę gwiazdy, tak on sam niestety nie miał ochoty nawet na krótkie one-linery czy miłe słowa, które na pewno podbudowałyby niektórych muzycznych zapaleńców stojących w niemal pełnym klubie.

Everlast zaserwował poprawny koncert, który już wyleciał mi z głowy. Dodam, że albumy House of Pain czy solowe Everlasta – Forever Everlasting, Whitey Ford Sings The Blues czy Eat At Whitey’s – to dla mnie niekwestionowane klasyki, do których często wracam. Tak też zrobiłem po koncercie, bo wolę mieć taki muzyczny obraz Everlasta, a nie człowieka, który nawet nie próbował pokazać, że mu zależy. Jeśli byłby to akustyczny koncert, ale interakcja muzyka z publicznością byłaby na przynajmniej przyzwoitym poziomie, to nawet nie próbowałbym szukać wad tej imprezy.

Nie ma więcej wpisów