Pamiętacie tego chłopaka z długimi włosami? Ja doskonale pamiętam. Miałam kilkanaście lat i w weekendy niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego odcinka popularnego talent show, żeby móc oglądać Krzyśka Zalewskiego w akcji. Potem wyszedł Pistolet, który szczerze mówiąc nie był jakoś szczególnie zapadającą w pamięci płytą. Chyba nie takiego Zalewskiego wszyscy wtedy oczekiwali, z pewnością nie takiego Zalewskiego oczekiwałam ja. Minęło parę ładnych lat, w których Krzyśka można było widzieć w akcji na scenie, ale raczej robiącego tło niż w roli głównej gwiazdy – grał z Nosowską, z Hey, śpiewał w zespole Japoto, teraz jest również jednym z muzyków zespołu Muchy, a także intensywnie koncertuje z Brodką. Mimo wielu zajęć, nie zabrakło w tym wszystkim chęci do wydania własnego materiału, jakiego po – o ile dobrze liczę – ośmiu latach w końcu się doczekaliśmy, a który przez te osiem lat kiełkował, rodził się, zmieniał, ewoluował, dziczał i dorastał wraz z twórcą.

Zelig, bo taki tytuł nosi drugi solowy album Krzyśka Zalewskiego, to nie jest album, który może sobie gdzieś tam lecieć w tle, a ty w tym czasie będziesz sprzątać. Ta z pozoru lekka, pełna pokręconych melodii mieszanka to płyta trudna i odważna. Otwierający krążek singiel, Jaśniej, nie oddaje tego, co znajdziemy głębiej – ten kto oczekuje, że całość będzie w podobnym klimacie, raczej się rozczaruje. Nie boję się nawet stwierdzić, że Jaśniej to nawet nie jest rozgrzewka dla tego szaleńczego maratonu. Rozczarowań pewnie nie będzie brakować i dalej wraz z kolejnymi numerami wyświetlanymi na ekranie odtwarzacza, taki los czeka wszystkich miłośników Pistoletu i tych, którzy wciąż w Krzyśku widzą charyzmatycznego chłopaka okutego metalem. Zapomnijcie, tamtego Krzyśka Zalewskiego już nie ma. Teraz staje przed nami w pełni ukształtowany artysta, który po wieloletnich walkach z demonami otaczającego go świata w końcu dzieli się z nami pierwszym w całości przez niego stworzonym dziełem.

Po pierwszym przesłuchaniu można odnieść wrażenie, że obcuje się z czymś stworzonym przez człowieka o kilku osobowościach – takiego właśnie, jakim w filmie Woody’ego Allena był tytułowy Zelig. Miał on taką zdolność, która pozwalała dopasować mu zarówno swój charakter, jak i wygląd do osoby, z jaką akurat przebywał. Jednak kiedy spojrzy się na okładkę, zaczyna się człowiek zastanawiać: czy ten cały Zelig nie jest po prostu jakimś wariatem? Człowiekiem chorym psychicznie, szaleńcem. Bo szaleństwa na tym krążku jest chyba najwięcej. Jak zresztą śpiewa Zalewski: ale szaleńcy widzą skarbnicę bezdenną. I faktycznie, trzeba pozwolić swojemu szaleństwu dojść do głosu, aby w pełni zachwycić się skarbami, jakie skrywa Zelig.

Mieszanina dźwięków, pomysłów, rytmów, wraz z miażdżącą prawdą sączącą się z tekstów sprawia, że każdy utwór trzeba powoli rozłożyć na części pierwsze, aby w pełni pojąć istotę tego, co autor miał na myśli. Muzycznie po pierwszych trzech kawałkach już wiadomo, że dalej można spodziewać się dosłownie wszystkiego. Każdy utwór jest jakby z innej parafii, jednak razem dają panoramiczny niemal obraz pełen miłości, odwagi, tęsknoty, ale także i strachu. Moim faworytem jest wyciszone, wpędzające w hipnotyczny trans i uzależniające Ósemko, ale trudno obojętnie przejść obok Zbóż, Gatunku (instrumentalny koniec to prawdziwy majstersztyk) czy utworu Zimowy. Najpiękniejsze jest to, że Krzysiek śpiewa o sprawach zwyczajnych, jakie przytrafić się mogą każdemu w sposób tak cudownie nieoczywisty, że nic nie jest w stanie cię tak zaintrygować jak właśnie ta ukryta w słowach codzienność. Pełno jest tam uczuć – szczerych do bólu i w pełni prawdziwych emocji, które pojmą ci, którzy odłożą na bok utarte schematy i szufladki. Tu nic nie jest oczywiste i jednoznaczne, a miejsca na banały brak – Zalewski stworzył dla siebie właśnie odrębną kategorię.

Czy było warto? Jasne, że tak. Warto byłoby nawet i czekać kolejne dwa, pięć czy osiem lat. Bez kokieterii, bez grania pod kogoś i dla kogoś powstała płyta prawdziwa, w którą włożono mnóstwo pracy, potu, pewnie też i łez. Ale włożono w nią także coś o wiele bardziej cenionego przez słuchacza – serce. I to nadaje tej płycie znacznie większą wartość. Oto powrócił szaleniec Zalewski o dziesięciu różnych twarzach zgodnie krzyczących jednym głosem. Ten powrót to kolejny dobry znak dla naszego polskiego podwórka, dzięki niemu widać, że w polskiej muzyce bardzo dobrze i bardzo dużo się dzieje. Dodatkowo, wydaje mi się, że my, jako słuchacze, w końcu jesteśmy na takie kroki gotowi.

Nie ma więcej wpisów