Arcade Fire mają wielu znanych pomocników, począwszy od Davida Bowie, poprzez słynnych reżyserów, aż po Jamesa Murphy. Nie wątpię jednak, że i bez takich znajomości radziliby sobie równie dobrze i nagrywaliby równie świetne kawałki. No może nie bez tego ostatniego człowieka, bo frontman LCD Soundsystem jako producent miał z pewnością niemały wpływ na kształt ich najnowszego dzieła.

Reflektor przynosi powiew świeżości nie tylko w sensie muzycznym, ale także wizerunkowym. Arcade Fire od samego początku byli śmiertelnie poważni, nigdy nie posiadali luzu rock’n’rollowego zespołu i sprawiali wrażenie ludzi podchodzących do wszystkiego co robią z profesjonalizmem niepozwalającym nawet na odrobinę szaleństwa. Nie żeby to była wada, ale widok Wina Butlera ubranego jak Elvis, podrygującego w takt muzyki jest równie zaskakujący co rozbrajający. Ich teksty wciąż są poważne, zahaczają o sprawy życia i śmierci jak w singlowym Reflektor (thought you were praying to the ressurector turns out it’s just a reflektor), ale pokazanie, że potrafią spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka, przedstawia ich w zupełnie innym świetle.

Podobno wyznacznikiem jakości nowego materiału było to, czy noga słynnego producenta rusza się w takt muzyki, czy nie. Jeśli tak się zdarzyło, to oznaczało, że tworzenie szło we właściwym kierunku. Rytm jest podstawą każdej z piosenek na tym albumie, jest to coś co zszokowało, a zarazem zachwyciło mnie, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tytułowy kawałek. Esencją tego krążka jest właśnie sekcja rytmiczna, wystarczy wsłuchać się w to, jak bas prowadzi nas przez Here Comes the Night Time, żeby to zrozumieć.

Arcade Fire po raz pierwszy pokusili się o dłuższe, bardziej rozbudowane utwory z częstymi zwrotami akcji, tak jak wielowarstwowy Reflektor – z jednej strony lekki i taneczny, z drugiej mroczny z gęstymi partiami gitar i niepokojącym saksofonem Colina Stetsona. Kolejną dłuższą piosenką jest rozpoczynające się od dźwięków szalonego karnawału Here Comes the Night Time, gdzie powraca temat religii i życia po śmierci, a towarzyszą mu paradoksalnie lekkie oraz radosne klawisze, bongosy i gwałtowne zmiany tempa.

Karaibskie rytmy wkradły się także do króciutkiego Flashbulb Lights, gdzie różnego rodzaju szmery, delikatne uderzenia w instrumenty perkusyjne i dzwoniące klawisze kojarzą się z gorącym, egzotycznym klimatem.

Pojawiające się gdzieniegdzie urywki zapowiedzi radiowych bądź telewizyjnych, odgłosy fiesty otwierające Here Comes the Night Time czy poprzedzone głębokim westchnięciem prześmiewcze: do you like rock’n’roll music? ’cause I don’t know if I do mają na celu zmniejszenie dystansu pomiędzy słuchaczem a zespołem. Za pomocą tych drobnych trików, niby przypadkowo zarejestrowanych dźwięków, Arcade Fire odżegnują się od wizerunku śmiertelnie poważnych perfekcjonistów i pokazują, że potrafią dobrze się bawić.

Reflektor to album, który kryje w sobie wiele niespodzianek. Gdy już minie szok związany z pierwszymi czterema utworami, to okazuje się, że zespół ma w zanadrzu ostre jak nigdy dotąd riffy (Normal Person), a także iście punkową energię (Joan of Arc). W tym ostatnim, podobnie jak w It’s Never Over (Oh Orpheus), warto zwrócić uwagę na wokal Régine Chassagne, mimo że na tym krążku nie śpiewa ona żadnego swojego kawałka, to harmonie jakie wyczarowuje wraz ze swoim mężem dodają tym piosenkom kolorytu.

Najprzyjemniejszą z niespodzianek jest fakt, że trwający blisko półtorej godziny Reflektor wciąga od początku do końca i najlepiej jest go połykać w całości. Po fazie zachwytu pierwszą częścią, w drugiej uderzają porażające riffy It’s Never Over (Oh Orpheus) wraz z genialną linią basu i dęciakami przypominającymi wczesne nagrania Blur.

Mimo że wpływ producenta czuć tu na każdym kroku, to nigdy nie jest on nachalny. James Murphy inteligentnie prowadzi zespół, pomagając im w odświeżeniu brzmienia, przy jednoczesnym chronieniu wrażliwości dawnego Arcade Fire i jest tylko jeden jedyny kawałek, w którym wyraźnie słychać LCD Soundsystem w nieco zwolnionym tempie, a jest nim synthpopowe Porno wskrzeszające lata 80. Do retro brzmiących fragmentów albumu dołącza słodkie, zwiewne disco w Afterlife i nie licząc sennego Supersymmetry to już koniec epopei pt. Reflektor.

Arcade Fire już od dłuższego czasu sprytnie podsycali ciekawość fanów, publikując rozmaite trailery, teasery, wyreżyserowane występy i stosując inne chwyty marketingowe. Można było się domyślać, że szykuje się coś wielkiego, szczególnie po zapoznaniu się z pierwszym singlem, jednak skalę wydarzenia jakim jest premiera nowego albumu kanadyjskiej grupy najlepiej obrazuje fakt, że zaraz po opublikowaniu przedpremierowego streamu ich strona nie wytrzymała obciążenia i na chwilę przestała działać. Podobne zainteresowanie w tym roku wzbudził jedynie powrót Daft Punk, ale dla mnie muzycznym wydarzeniem roku jest i pozostanie Reflektor.

Nie ma więcej wpisów