Brak czasu dla macierzystej formacji często objawia się takimi właśnie odpowiedziami na muzyczny głód tłumu. I jedynym, czym mógłbym podsumować Epkę, jest zachwyt przejawiający się w słowach: i dobrze się stało. Dobrze, bo choć Misia Furtak nie stawia się w zupełnie nowym świetle scenicznym, to jednak stara się uciec od skojarzeń z très.b. A ci, którzy niekoniecznie klasyfikują się jako znawcy jej dotychczasowych dokonań, nie poczują presji zestawiania dźwięków grupy z solowym projektem.

Chociaż cała reszta nie będzie świadoma podobieństw pomiędzy keyboardowym motywem Kartonem oraz Like Is, to właściwie niewiele straci, bo do rozpatrzenia jest tu kilka innych, ciekawszych kwestii. Przede wszystkim ta językowa, bo Misia Furtak swoimi tekstami wpada w nurt kolejnych wokalistek, które skupiają się na niecodziennej poetyckości przekazywanych treści. Tych, które nie odbijają się od ścian miłosnych uniesień i emocjonalnych rozterek, nawet jeśli oprócz tak radosnych cytatów jak: biorę rysunek do kolorowania i wypełniam go ołówkiem, bo jestem półgłówkiem zdarzają się te mniej wyrafinowane w postaci zestawień: ja za tobą murem / ty za mną kartonem.

Ale może warto tylko przyklasnąć podobnym wariacjom nieuporządkowanych myśli, które pielęgnowała Nosowska. Tym bardziej, że zawartość tekstowa zdaje się nie być tak znacząca, zważywszy na energiczne tempo singlowego Mózgu, które działałoby z jakimkolwiek słowem. Podobnie z balladowym Kartonem, który przyciąga wielowarstwową strukturą i prostym bitem wzmacniającym wokal Misi. Poza tym, wciąż niewiele jest artystów, którzy w starciu z dwujęzycznymi poczynaniami wokalnymi wychodzą w obu kwestiach zwycięsko.

Niepotrzebna jest też próba klasyfikacji całości, choć mamy tu pewne folkowe wtręty (rozbudowane Tales of Las Negras), a Misia daje też popis drapieżności, darząc Pie in the Sky naleciałościami Skunk Anansie. Tym ciągłym popychaniem granic między gatunkami i wpływami, Furtak stawia na dowolność interpretacji i odbioru tego, czym może się okazać jej kolejna praca. Jeśli ktoś więc musi użyć jakiejś klasyfikacji, niech to będzie pop. Określenia na Epkę nie są ważne, mało ekscytujące są również spory o nazwanie tego wydawnictwa czymś między EP-ką a albumem. W jakiejkolwiek formie nie ukazałaby się kolejna odsłona twórczości Misi, zamiast wielkich słów i opisów, wybieram otwartość na przyjmowanie dźwięków.

Nie ma więcej wpisów