Dlaczego utalentowani muzycy mają problem z wydaniem albumu? Dlaczego jest tak, że muszą zdawać się na fanów, żeby móc prezentować to, co im w duszy gra? Na szczęście fani w takich momentach nie zawodzą, crowdfounding cieszy się coraz większym powodzeniem i to ludzie decydują, czego chcą słuchać. Tym sposobem wrocławska grupa Bipolar Bears dorobiła się trzeciego w swej karierze krążka, ponownie nie zawodząc w kategorii najbardziej eklektycznego album roku.

Kiedy usiłuję przyporządkować sobie jakoś twórczość Bipolar Bears, kolokwialnie mówiąc, znaleźć im jakąś szufladkę, po kilku chwilach rezygnuję. Generalnie rzecz biorąc, porównania i klasyfikacje nie są w przypadku tego zespołu proste, ani też potrzebne.

‚Aina Makua jest dość niezwykłym zjawiskiem, jeżeli chodzi o tegoroczne płyty. Panowie z Bipolar Bears ponownie umiejętnie żonglują gatunkami, jak w przypadku poprzedniego albumu. Wszystko zaczyna się bardzo niewinnie, delikatnie wręcz, patrząc na to, co dzieje się w dalszej części krążka. Po kilku pierwszych utworach zastanawiasz się, czy to wciąż ten sam album i ten sam zespół. Brnąc dalej w morze dźwięków i muzycznych sprzeczności, wydaje ci się, że przesłuchanie całości pomoże. Nic z tego. Wątpliwości co do tego czy twój odtwarzacz nie zaczął żyć własnym życiem wcale nie znikają.

Cała płyta to oscylowanie pomiędzy szeroko pojętą elektroniką a ciężkim rockowym graniem, jednak wkrada się tu niemal wszystko, co w muzyce można spotkać. Pełno tu muzycznych kontrastów – w jednej chwili jest delikatnie i melodyjnie, żeby dosłownie po paru sekundach uderzyć w słuchacza ścianą krzyku wymieszanego z ostrymi, brudnymi gitarami. Niepokojące są tu zarówno melodie, jak i teksty – w odróżnieniu od poprzedniego krążka, tylko dwa są w języku polskim, jednak mnie to właśnie one najmniej przypadły do gustu. Paradoksalnie, najpiękniej i najciekawiej jest tam, gdzie znajduje się najwięcej chaosu i tego w pełni przemyślanego muzycznego brudu. Od samego początku zastanawiałam się, czy to drastyczne zróżnicowanie będzie w tym przypadku atutem, czy wadą, bo tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak te dwubiegunowe miśki ugryźć i z czym je zjeść.

Wydaje mi się, że panowie zasługują na uznanie choćby za asertywność. Nie ulegają modzie na to, czego się teraz słucha i co ma branie. Nie starają się na siłę szukać fanów, tylko robią to, co potrafią robić najlepiej, a talentu nie można im odmówić. Tylko utalentowany muzyk potrafi połączyć takie skrajności w coś pięknego i wartościowego, a tak widzę tę płytę – eksperyment (udany), który nie jest jedynie zlepkiem szalonych pomysłów. Zdecydowanie jest to pozycja ciekawa i warta poznania, jednocześnie trudna w odbiorze i chaotyczna, ale w tym szaleństwie jest metoda.

Nie ma więcej wpisów