Tegoroczną edycję Ars Cameralis rozpocząć można było na trzy różne sposoby, co okazało się pomysłem trafionym. Pomijając jednak soulowe wybryki Bilala, dwa pozostałe występy bliższe były stronie eksperymentalnej, idącej daleko w nisze. Zresztą, sam festiwal, łącząc w sobie wiele gatunków sztuki, próbuje pokazać pełen przekrój społecznych upodobań.

A robi to nawet w tak trudnej dla siebie sytuacji wątpliwego dofinansowania ze strony katowickiego Urzędu Marszałkowskiego. Sytuacja ta (dziwna choć całkiem zrozumiała, biorąc pod uwagę kwestię miernej reklamy zeszłorocznej edycji) może budzić i budzi skrajne emocje. Jedni nie kryją się ze słowami swojego zawodu czy nawet wieszczenia rychłego upadku śląskiej instytucji, drudzy już cieszą się na zaspokojenie koncertowych oczekiwań co do mniej znanych postaci.

I paradoksalnie, brak nazwisk takich jak Mark Lanegan czy zespołów pokroju The National, może XXII edycji Ars Cameralis całkiem się przysłużyć. Oczywiście nie w kwestii samego rozgłosu, a raczej potrzeby znalezienia odpowiednich dla siebie zjawisk. A będąc świadkiem pierwszego dnia imprezy, można pokusić się o stwierdzenie, że z tego wyjść coś dobrego…

 

W Bielsku-Białej pierwszy dzień Ars Cameralis przebiegł w iście egzotycznych rytmach. Nieco po 20:00 na Małej Scenie Teatru Polskiego pojawił się kwartet Orchestra of Spheres. Promują oni obecnie swój drugi album długogrający – Vibration Animal Sex Brain Music. Już sam wizerunek Nowozelandczyków utwierdził mnie w przekonaniu, że występ będzie kosmicznym odjazdem. Przezroczysta peleryna z brokatem, naszyjnik z kaset magnetofonowych, okulary w kształcie kluczy wiolinowych – to tylko część wymyślnej garderoby grupy. Do tego feeria odblaskowych, tęczowych barw i psychodeliczna atmosfera gotowa.

Muzycznie Orchestra of Spheres stanowi naprawdę nietypowy gatunkowy tygiel. Wszystkie utwory opierają się na prostych, by nie rzec prymitywnych rytmach kojarzących się lekko z tańcami plemiennymi. Oprócz mocnej perkusji kwartet prezentuje jednak wiele innych ciekawych instrumentów – w większości stworzonych przez nich samych, jak na przykład gitara z pudełka po ciasteczkach (widok zaiste kuriozalny – brzmienie zaskakująco dobre). Wraz z partiami syntezatorów i basów łączy się to w barwną całość, pobrzmiewającą i folkiem i disco.

Co należy przede wszystkim podkreślić – zespół na scenie to prawdziwy, nieokiełznany ogień. Utwory zaczynające się stosunkowo prosto, nagle przeradzały się w szaloną jazzową improwizację. Materiał w większości stanowiły utwory z nowej płyty, nie zabrakło też świetnego Hypercube z debiutanckiego krążka. Uwagę przyciągała zarówno gitarowa ekwilibrystyka, syntezatorowe przejścia jak i ciekawe wokalne harmonie na modłę etnicznych zaśpiewów. Rytm prowokował do tańca (do czego zresztą zespół zachęcał) i kilka osób przezwyciężyło siłę przyciągania krzeseł, by w pełni wczuć się w atmosferę. Miejsca siedzące były moim zdaniem największym problemem koncertu. O wiele lepiej prezentowałaby się relacja zespół – publiczność w jakimś małym klubie, a i widzowie czuliby się swobodniej.

Jednak nawet w teatralnej przestrzeni jazda bez trzymanki zaprezentowana przez Orchestra of Spheres została entuzjastycznie przyjęta przez publiczność (bis, a jakże). Trudno się dziwić – otrzymaliśmy żywiołowe widowisko z najwyższej półki.

Wchodzący na scenę po dziesięciominutowej przerwie High Wolf miał trudne zadanie. Rozgrzana po Nowozelandczykach publiczność oczekiwała podobnego ognia, którego artysta niestety nie był w stanie im dać. Choć francuski multiinstrumentalista swoją twórczość również opiera na etnicznych inspiracjach, jego muzyka ma bardziej hipnotyczno-mistyczny wymiar. Występ wypełniały syntezatorowe przestrzenie, dogrywane i zapętlane partie gitarowe i stałe, wciągające tempo. Do tego całość okraszona została wizualizacjami, w których mikrobiologia przenikała się z folklorem z różnych stron świata.

Nie można odmówić High Wolf zręcznej manipulacji dźwiękiem, jednak po Orchestra of Spheres koncert ten wydał mi się co najmniej wymagający, by nie rzec nużący. Biorąc jednak całość pod uwagę, bielskie wydarzenie można uznać za udany eksperyment.
(Katarzyna Kowalik)

 

Tego wieczora mistyczny wymiar, który zafundował High Wolf, miał uchwycić również Kwartet Śląski wraz z Camerata Silesia. I nie zamierzam twierdzić, że ich występ w jakikolwiek sposób był złym rozpoczęciem całego festiwalu. A jednak moja nieco bardziej jazzowa dusza nie została wzruszona w sposób taki, jak można byłoby spodziewać się po smyczkowym kwartecie i chórze pod dyrekcją Anny Szostak.

Wspólne wykonania utworów Henryka Mikołaja Góreckiego oraz Arvo Pärta przez przeplatające się kolejno zespoły miały w sobie urok. Wszystko jak zwykle zaczęło się dość leniwie. Rozmarzenie i nastrojowo zabrzmiało na wejściu Frates serwowane przez kwartet. Kolejne poczynania nieco zmieniły jednak tendencję a zamiast koić, zwiększały tempo, budowały napięcie. Nie licząc więc samego finału, najgłośniej i najbardziej emocjonalnie wybrzmiało zmierzenie się chóru z The Deer’s Cry estońskiego kompozytora.

I tu chyba rozpoczyna się problem, gdy to zaproszeni goście przykuwają większą uwagę niż sam główny wykonawca. A taki casus dotknął właśnie to wydarzenie, bo swoją wielogłosową historią Zespół Śpiewaków Miasta Katowice wypadł w nieco korzystniejszym świetle. Było to również widać podczas ostatniego, wspólnie wykonywanego numeru Missa Syllabica, gdzie instrumenty jak nigdy stanowiły ledwie zauważalne tło rozchodzącej się wokół skali głosów. Ale może taka była ich rola, nawet jeśli niechcący wcześniej bardziej przykuli moją uwagę stworzeniem melodyjnej harmonii niż robił to kwartet rzeczywistymi instrumentami.

Nie odbieram jednak nikomu prawa do głoszenia opinii wyraźnie innych. Zresztą, podczas całego występu, nawet w półmroku, można było zobaczyć jak wiele emocji rysowało się na twarzach zebranych, jak dużo było gestów ocierania twarzy. Inna sprawa, że przyciemnione wnętrze Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego spokojnie można było zmienić na salę gimnastyczną, ułożyć w niej materace, przybyłym zaproponować przymknięcie oczu i wsłuchiwanie się w dźwięki. Może wtedy jeszcze lepiej sprawdziłoby się hasło wieczoru: słyszę to, czego nie słyszą inni.
(Marek Cichoń)

Nie ma więcej wpisów