Poprzedni album Tamilskiej Tygrysicy napełnił mnie trwogą, że kolejna niesamowicie obiecująca artystka zagubi się w eksperymentach formalnych, co mogłoby w rezultacie rozmyć przekaz jej muzyki. Pełna kontrastów ideologia Brytyjki łączyła pastiszowo potraktowany hip-hopowy bling z prawdziwie punkowymi postulatami, tradycyjne brzmienia z całego świata z nowoczesną elektroniką. Co ciekawe, płyta MAYA, na której raperka połączyła siły przede wszystkim z takimi tuzami jak Diplo, Blaqstarr czy Rusko, nie zachwycała, a wręcz dziwiła słabymi kompozycjami i przekombinowaną produkcją. Przy Matangi stery znowu zostają oddane Switchowi, co owocuje jednym z najciekawszych albumów ostatnich lat, a sama raperka zachwyca formą i flowem.

Ale po kolei. Po pierwszym przesłuchaniu słychać przede wszystkim powrót do brzmień world music, które zdecydowanie przeważają na tym albumie, przemieszane oczywiście bezlitośnie z rytmami UK-dubstepowymi, trapowymi, bhangrą, dubem, moombathonem, kuduro i tysiącem innych, często ledwo rozpoznawalnych stylów nowoczesnej, basowej elektroniki. Matangi przypomina, że taniec jest nie tylko rozrywką, dawniej służył przecież do wszelkiego rodzaju rytuałów, wojennych zaklęć i pojawiał się we wszystkich sferach życia. I taki właśnie jest ten album – to napędzane zaraźliwymi rytmami zaklęcie, które w dodatku przenosi mnóstwo treści. Gdy trzy lata temu M.I.A. zaczęła swój album od stwierdzenia connected to the Google, connected to the government, wielu krytyków zarzucało jej paranoję i godny rozhisteryzowanej nastolatki bunt. Nie spodziewali się, jak bliskie prawdy było to zdanie.

Już pierwszy, po intro, numer tytułowy sprawia, że wracamy myślami do dwóch pierwszych płyt M.I.A., a nogi i inne części ciała same porywają się do niepohamowanego tańca, szczególnie po wejściu czołgającego się w rejonach kostek basu. Nie inaczej jest w bujających Only 1 U czy Warriors, który opatrzony jest nietypowym refrenem i wspaniałymi przeszkadzajkami. Jeszcze skoczniej robi się w znanym już Come Walk With Me za sprawą moombathonowego rytmu, który jest niestety poprzedzony dosyć kiczowatym refrenem próbującym najwyraźniej powtórzyć sukces Paper Planes. Nie od dziś jednak wiemy, że ulubioną zabawą M.I.A. są puzzle, i to niekoniecznie układane z jednego zestawu, a połączenie kiczu z bezpardonową kanonadą dźwięków są jej firmową zagrywką.

W ten sposób dochodzimy do prawdziwej perełki na albumie. aTENTion to nie tylko arcydzieło tekściarskie, w którym rytm i słowo splatają się ze sobą w jednym z najciaśniejszych uścisków, jakie słyszałem, ale i genialna produkcja, podkreślająca dodatkowo kluczową sylabę oktawowym obniżeniem, atakująca w refrenie poszatkowanym wokalem i dudniącym basem. Ten kawałek, wspólnie ze znanymi już Bring The Noize i Y.A.L.A. stanowią trójcę, która zawojuje każdy taneczny parkiet. Nie są to oczywiście typowe kawałki klubowe – każdy z nich zachwyca innowacjami w brzmieniu, nowatorskim podejściem do sound-designu i nieprawdopodobną formą mistrzyni ceremonii. Nie sposób przy okazji wspomnieć o reaggowo-trapowym Double Bubble Trouble, które w pewnym momencie wybucha rytualnym szaleństwem, czy świetnym Bad Girls. Bardziej wyciszone oblicze artystki pokazuje między innymi dyptyk Exodus/Sexodus, dramatyczna, politykująca ballada, w której produkcji pomagał The Weeknd. Nie do końca rozumiem jednak sens umieszczania na albumie dwa razy tego samego numeru, bo kompozycje różnią się od siebie właściwie tylko detalami. Spokojniej jest też w bujającym Know It Ain’t Right i wyluzowanym Lights.

Szczerze przyznam, że nie spodziewałem się od M.I.A. kolejnego albumu, który będzie utrzymany na poziomie dwóch pierwszych, a to właśnie dostaliśmy. Matangi z niekłamaną przyjemnością słucha się od deski do deski, podskakując w dodatku radośnie przy lwiej części numerów. Na oddzielne zachwyty zasługują teksty, z którymi jednak raperka przecież nigdy nie miała kłopotów. Teraz, dzięki świetnej oprawie muzycznej, mogą one znowu zabłysnąć.

Nie ma więcej wpisów