Wydaje się, że ostatnimi czasy Crystal Fighters postawili sobie  za cel koncertową dominację Polski. W trochę ponad rok odwiedzili nasz kraj cztery razy, w tym dwa razy wystąpili na letnich festiwalach. Kolejny wyprzedany koncert odbył się 11 listopada w warszawskiej Stodole.

Ten baskijsko-angielski zespół zdecydowanie warto zobaczyć. Wykonania ich piosenek na żywo przepoczwarzają się z fajnych w koncertowe fajerwerki, a o energii Crystal Fighters można pisać w nieskończoność. Na szczególną uwagę zasługuje Sebastian Pringle – nic tylko zazdrościć mu kondycji i bycia człowiekiem orkiestrą. To on bierze na swoje barki rozgrzewanie publiczności. Aż chce się zarazić jego uśmiechem, który przez cały koncert nie schodzi mu z twarzy. W głowie się nie mieści jak można robić tyle rzeczy na raz, to jednak tajemnica Sebastiana Pringle’a i jedna z jego recept na udany koncert. Publiczność również nie pozostawała dłużna, jeśli chodzi o energiczność. Porozumienie, jakie nawiązało się między fanami a zespołem, było na najwyższym poziomie i dzięki temu impreza była przednia.

Setlista warszawskiego koncertu, w porównaniu z pozostałymi tegorocznymi występami Crystal Fighters w naszym kraju, wyróżniła się jedną piosenką. Po raz pierwszy polska publiczność miała okazję usłyszeć Are We One z najnowszej, wydanej prawie pół roku temu płyty Cave Rave. Zastąpienie piosenki Everywhere (która pojawiła się w Palladium) na rzecz Are We One wyszło, moim zdaniem, na plus. Jednak bardzo brakowało mi soczystego Swallow, które w warunkach klubowych przeradza się w istny szał. Na koncercie nie zabrakło oczywiście owianych sławą Plage i I Love London. Ten drugi utwór chyba już zawsze będzie mnie zaskakiwał swoim brzmieniem. W swoim nieskomplikowaniu jest świetnym, imprezowym numerem, które w moim przypadku nieprzerwanie nie sprawdza się na słuchawkach. Działa na mnie dopiero, gdy trafia we mnie bariera dźwięku. 

Płyty Star of Love i Cave Rave stanowią perfekcyjny kontrast. Pierwsza – przesiąknięta elektroniką, a druga – przyjemnie wakacyjna. Te dwa bieguny świetnie się przyciągają, szczególnie w warunkach koncertowych. Nie ma nic lepszego niż wesołe, skoczne piosenki zmieszane z kawałkami z zupełnie innej, elektronicznej i hałaśliwej bajki.

Crystal Fighters są stworzeni do oglądania i słuchania ich na żywo. Ich muzyka na koncertach wiele zyskuje w porównaniu z albumami, którym i tak nie mam nic do zarzucenia. Idealny kontakt z fanami, wyciskanie z nich siódmych potów i niesamowita energia – to motywy przewodnie występów tego zaskakującego muzycznie zespołu. Chociaż Crystal Fighters nigdy dość, mam nadzieję, że dadzą nam trochę od siebie odpocząć i powrócą ze zdwojoną siłą i koncertem, o jakim nikomu się nie śniło.
(Zuzanna Michalska)

 

Grupy Crystal Fighters nie trzeba nikomu przedstawiać.  Debiutanckim krążkiem Star of Love wydanym w 2010 roku zaskarbili sobie rzesze wiernych fanów i wypracowali sobie pewne miejsce na alternatywnej scenie. W tym roku ukazał się ich drugi album – Cave Rave, a grupa udała się w wydawałoby się niekończącą trasę koncertową.

Muzycy na każdym kroku powtarzają jak uwielbiają grać dla polskiej publiczności i nie są to puste słowa – tylko w ciągu tego roku muzycy zaplanowali cztery koncerty w naszym kraju, z czego dwa zostały wyprzedane w całości na wiele dni przed.

Listopadowy koncert w warszawskim klubie Stodoła rozpoczął niezbyt udany support Rubber Dots. Polski duet elektroniczny zaprezentował się nijako. Formacja nie zaciekawiła swoją muzyką. Na dobrą sprawę uratował  ich jedynie ciekawy głos i charyzma wokalistki Ani Iwanek.

Po krótkim secie supportu na scenę weszli Crystal Fighters, rozpoczynając utworem Solar System. Momentalnie obudzili publiczność, która oszalała w dzikim tańcu. Następnie zabrzmiał hit Follow, podczas którego impreza pod sceną rozkręciła się na dobre, a gorąca atmosfera w Stodole bardzo przypominała tę z koncertu zespołu podczas festiwalu Open’er.

Całość zaprezentowanej przez Crystalsów setlisty nie różniła się od tej wykonywanej na innych koncertach podczas jesiennej trasy, lecz mimo to nie dało się wyczuć zmęczenia materiału. W trakcie występu zabrzmiały utwory z obu krążków grupy, a także często wykonywany na koncertach singiel Love Is All I Got, oryginalnie stworzony z producentem i DJ-em Feed Me. Według mnie zabrakło jedynie  wyczekiwanego przez wszystkich Swallow oraz kilku kawałków z nowej płyty jak No Man czy These Nights.

Zespół jak zwykle utrzymywał ożywioną relację ze publiką, zarażając swoją radością każdego po kolei. Spontaniczne wyrazy uwielbienia zarówno ze strony widowni, jak i ze sceny w połączeniu z energetyczną muzyką oraz niespożytą energią wokalisty – Sebstiana Pringle’a budowały klimat koncertu. Niestety występ miał też swoje słabe strony, a dokładniej jedną – nagłośnienie. Stojąc dość blisko sceny słyszałam pojedyncze słowa piosenek, momentami wokalistów nie było słychać w ogóle. Rekompensowała to jednak strona wizualna.

Koncertów zespołu Crystal Fighters nie da się oceniać w kategoriach najlepszy czy najgorszy. Ich występy to pewnego rodzaju doznanie duchowe, pozwalające naładować akumulatory i po prostu dobrze się bawić.  Według mnie tajemnicą sukcesu koncertowego grupy jest widoczna więź łącząca muzyków. Nie są oni tylko grupą ludzi występujących razem, a paczką przyjaciół, którzy w muzykę wkładają całe swoje serce. Doceniają oddanych fanów, przykładając się równie mocno do każdego występu.
(Weronika Bartkowiak)

Nie ma więcej wpisów