Może Łagodna Pianka są hipsterami i grają, gdy sala jest już pusta? słyszę, gdy mija godzina dwudziesta, a w przestrzeni katowickiej Klawiatury dalej roznoszą się dźwięki utworów Jessie Ware i Friendly Fires. Ale sala, mimo niezbyt pokaźnej frekwencji, pusta nie jest. Choć poniekąd mogłoby się tak wydawać, gdy w czasie wybrzmienia Superbohatera, wszyscy zgromadzeni przyjmowali pierwszy utwór Łagodnej Pianki w wygodnych fotelach klubu.

Proszę wziąć piwo do rączki i się przybliżyć. Nie zagramy kolejnego utworu, dopóki ktoś się tu nie zjawi – padło ze sceny. W obliczu takiego niebezpieczeństwa nie pozostawało nic innego, jak przełamać niezrozumiały opór lub nieśmiałość w stosunku do przybyłych muzyków i zbliżyć się w ich kierunku. W kilka sekund ruszyli wszyscy, a dwadzieścia pięć minut po planowanym rozpoczęciu występu, poznaliśmy Pogromców Smoków.

Pojawili się w akompaniamencie synthowych klawiszy, których brzmienie podkreślały świetlne migawki, na przemian częstując czerwienią, zielenią i fioletem. Pulsowanie basu zachęcało do skromnego uczestnictwa w wybijaniu rytmu, które wreszcie zaczęło przeradzać się w poważniejszą formę ruchową. Do aktywności pobudziły Oka w rosole wpadające w tony mogące przywołać skojarzenia z Muchami czy – z powodu swojej siły napędowej – zahaczające nawet o mniej agresywne wcielenie Cool Kids of Death. O wiele ciekawiej, bardziej pobudzająco wypadła jedna z gorszych propozycji zespołu o tytule Chłopczyk i ulubiona piłeczka.

Zostawione na koniec Słoń czy Lody huśtawkowe były już tylko potwierdzeniem powtarzanych przez wielu słów o formie zespołu, który w kwestii koncertowej stoi na wysokim poziomie wykonania, ale i tworzenia poczucia obcowania raczej z grupą znajomych. Dzięki, że przyszliście – pojawiało się kilkukrotnie, między dedykacją utworów a kolejnymi nawiązaniami rozmów z publiką inicjowanymi przez Piotra Jabłońskiego. A choć przy dźwiękach Łagodną Pianką propozycja podzielenia się z publiką rzeczoną substancją spotkała się z brakiem wielkiego entuzjazmu fanów, to już stawianie egzystencjalnych (z racji samego wydarzenia) pytań typu: Bawicie się? skutkowało pobudzonym odzewem.

Dobre reakcje sprawiły też nowe utwory, które zespół prezentował od kilku występów. Psychodela inżyniera, Na plaży czy w szczególności Sezon na truskawki jawiły się jako idealne dopełnienie stylistyki Łagodnej Pianki. Skrupulatnie obliczany, pięćdziesiąty pierwszy numer koncertu na trasie, przyniósł też premierę Chłopców w poczekalni, ale także pierwszą koncertową pomyłkę, którą można skwitować: bo utwór był za krótki, a jest jeszcze tyle do wyśpiewania…

I rzeczywiście było, bo po godzinnym secie przyszedł czas na bis.

I tak byśmy zagrali – zakomunikował Jabłoński po przywołaniu grupy na scenę. O kobietach wybrzmiało jeszcze drapieżniej niż na płycie. Kolejne nieśmiałe progresywne posunięcia w końcu przeistoczyły się w płynące niemal bez końca 30 minut wieczorynki, wzbogacane kolejnymi instrumentami, nieskoordynowanymi partiami scenicznego ruchu i prowokującą do pozbycia się spodni i bluz codą.

Całość zamknięta w dodatkowy kwadrans muzyki wymęczyła tych, którzy postanowili nie zwalniać tempa i od nieśmiałego początku ewoluować w bardziej śmiałe, choć niebrawurowe taneczne ruchy czy podskoki. A sami muzycy zmęczeni raczej nie byli, co może dobrze świadczyć o kolejnej pięćdziesiątce popisów scenicznych, które przed nimi.

Na ponad kwadrans przed dwudziestą drugą kilka osób stoi w kolejce po autografy. Ja po prostu podchodzę podziękować, wierząc, że niedługo znowu Łagodną Piankę uda mi się zobaczyć na żywo. Może tuż po wydaniu nowej płyty?

Nie ma więcej wpisów