W minioną środę warszawską Stodołą zawładnęła potężna dawka rockowej energii. Wydawałoby się, że nudą jest oglądanie tego samego zespołu trzeci raz w tym roku. Bzdura! Z takimi muzykami i setny koncert będzie równie emocjonujący, co ten pierwszy.

Jako support zaprezentowali się Dry the River. Sprawdzili się w tej roli idealnie. Fajnie rozbujali publiczność, oczarowali subtelnością skrzypiec przełamywaną przez wyraźnie odznaczającą się perkusję. W to wszystko wplątany został delikatny wokal z melodyjnymi partiami gitar. Panowie zostali bardzo ciepło przyjęci przez publiczność, co zdawało się ich nieco onieśmielać. Najbardziej zapadający w pamięć i zdecydowanie najmilszy gest z ich strony to moment, w którym zauważyli transparent z prośbą o utwór History Book – długo się nie zastanawiali, spełnili życzenie, zmieniając setlistę.

Po ich występie czuć było, że krew w żyłach publiczności zaczyna szybciej płynąć. Wejście Biffy Clyro na scenę poprzedziły minuty czekania w towarzystwie muzyki puszczanej z głośników. Kiedy zgasły światła, ostatnią piosenką jaka zabrzmiała była We Are Familly grupy Sister Sledge. Wyśpiewane przez salę słowa: we are family, I got all my sisters with me, we are family, get up everybody, sing! pokazały, jaka siła drzemie w tej Biffy-rodzinie.

Dosłownie sekundę później zabrzmiały pierwsze dźwięki Different People, a Stodoła dosłownie zapłonęła dziką energią tłumu. Tej energii nie brakowało przez cały koncert. Simon Neil i bliźniacy dwoili się i troili – James z Simonem wykorzystywali wszelkie powierzchnie w ich zasięgu, aby na nich szaleć, zasypując nas ciężką dawką gitarowych riffów. Zabrzmiały takie utwory jak Bubbles, That Golden Rule, Black Chandelier, The Captain czy Biblical, przy których nie da się stać spokojnie. Nie zabrakło także energetycznego, odśpiewanego wraz z fanami Who’s Got a Match, akustycznego Folding Stars czy chyba największego prezentu dla starszych fanów szkockiego trio – utworu Justboy. Chyba sami muzycy byli zaskoczeni reakcją tłumu – nie było utworu, którego nie odśpiewalibyśmy wraz z Simonem, który często (nawet zdaje mi się, że częściej niż w innych krajach) pozwalał nam dokończyć wersy czy nawet całe zwrotki za niego, poza tym flagi, misie, balony – a wszystko po to, żeby potem przeczytać wiadomość od chłopaków: Warszawa that was unbelievable. So great to see you again and thanks for making us feel so welcome. See you next time ! The biff x.

Chyba nie ma osoby, która wyszła z tego koncertu niezadowolona. Panowie na żywo prezentują się o stokroć lepiej niż na nagraniach, potrafią oczarować i wzruszyć, jak np. przy Many of Horror, żeby po kilku chwilach rozsadzić nas energią, grając Modern Magic Formula. Widać w nich ogromną radość z grania, tak jak kiedyś sami przyznali – każdy koncert traktują tak, jakby był to ich ostatni koncert w życiu. I to zaangażowanie, i pasję w nich widać.
(Karolina Lewandowska)

 

Koncert wieczoru poprzedził występ brytyjskiej formacji Dry the River. Folk–rockowa grupa poczęstowała publiczność zgromadzoną w Stodole niesamowicie energetyczną prezentacją. Piękne gitarowe partie zestawione z silną perkusją, w akompaniamencie fenomenalnych skrzypiec sprawiły, że cała sala uległa urokowi Dry the River. Panowie, nieco onieśmieleni entuzjazmem buchającym od widowni, skwitowali warszawski występ słowami, że jest to ich najlepszy koncert podczas trasy.

Mimo świetnego supportu, wciąż dało się odczuć niespokojne oczekiwanie na bohaterów dnia, którzy zresztą kazali na siebie trochę poczekać i spektakl wieczoru rozpoczął się z niemałym opóźnieniem.

Kiedy Biffy Clyro weszli na scenę, Stodoła wybuchła ogromem muzycznego szaleństwa. Trio z Ayrshire porwało swoich fanów i przeniosło w absolutnie rewelacyjny, rockowy wymiar. Wypełniona po brzegi sala od pierwszych dźwięków Different People poddała się mistrzowskiemu widowisku.

Simon, Ben i James dali spektakularny popis mocnego grania, m.in. podczas Victory Over the Sun, Sounds Like Balloons czy Modern Magic Formula, ale i niebywałej subtelności, jak podczas solo Simona w piosence Folding Stars czy – już wspólnie zagranego – God & Satan oraz Many of Horror.

Kapitalny set, różnorodność świateł perfekcyjnie dopasowanych do tonów piosenek, fantastyczna interakcja pomiędzy zespołem i publiką, niezliczona ilość baloników przygotowanych przez fanów, nieposkromione ruchy Simona, moc i siła wykrzyczanych tekstów – to tylko niektóre z oszałamiających elementów tego wybornego widowiska

Biffy Clyro to przykład zespołu, który na żywo brzmi zdecydowanie lepiej niż podczas zwykłego odsłuchu. Występy live wydobywają głębię ich kompozycji, idealnie podkreślają intensywne riffy, uwydatniają siłę drzemiącą w każdym pojedynczym uderzeniu perkusji, oczywiście dając przy tym pole do popisu dla wokalu.

Koncert Brytyjczyków z pewnością można uznać za udane widowisko. Z każdą graną piosenką muzycy rozbudzali apetyt na więcej. Zagrane na zakończenie Mountains pozostawiło wszystkich w nastroju nadzwyczajnej zabawy. Dla publiczności zgromadzonej w stołecznej Stodole z pewnością był to wyśmienity wieczór.
(Basia Sękowska)

Nie ma więcej wpisów