Tricky to wyjątkowy artysta i trudno się z tym nie zgodzić. Zaczynał w Massive Attack, nagrał z nimi legendarny już album pt. Blue Lines, a po opuszczeniu zespołu samodzielnie stworzył jedną z najważniejszych płyt w historii trip-hopu – Maxinquaye. Za to, co robi, za jego twórczość pełną mroku i niepokoju, zawsze będę miała do niego szacunek, niezależnie od tego czy artysta da lepszy, czy gorszy występ.

Gwiazda trip-hopu wystąpiła w niedzielę we wrocławskim klubie Eter. Był to pierwszy jesienny koncert artysty w Polsce. Będzie go można jeszcze zobaczyć w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Rzekomo jest to trasa promująca najnowszy album muzyka, False Idols, ale ostrzegam, że utworów akurat z tego wydawnictwa na wrocławskim koncercie było jak na lekarstwo.

Dla mnie nie był to pierwszy koncert Tricky’ego. Artysta najwyraźniej lubi nasz kraj i często się tutaj pojawia, więc miałam już okazję widzieć jego występ na żywo i wiedziałam, czego mniej więcej oczekiwać. Ci, którzy spodziewali się samych utworów z False Idols i największych hitów, musieli wyjść z koncertu bardzo rozczarowani.

Adrian Thaws zrezygnował ze światła i, pogrążony w ciemnościach, zaczął swój występ mocną perkusją i głośną gitarą. Wszedł przy dźwiękach utworu znanego prawie każdemu – Sweet Dreams zespołu Eurythmics – by później od razu przejść w bardziej mroczne brzmienia Nothing’s Changed. Samego trip-hopu w czystej postaci było mało. Tricky celował w bardziej rockowe, post-rockowe klimaty, a punktem kulminacyjnym było Ace of Spades grupy Motörhead. Jest to stały punkt koncertowego programu artysty i zawsze prawdziwa ekstaza dla publiczności, która zostaje zaproszona na scenę. Na FreeFormFestivalu w tym roku skorzystały z tej okazji tłumy. Miałam wrażenie, że niedługo ludzie zaczną spadać ze sceny, bo nie było już dla nich przestrzeni. Natomiast we Wrocławiu większość wolała jednak zostać na swoich miejscach, a Tricky nie przestawał zachęcać i powtarzał w kółko: don’t be scared.

Nie zabrakło oczywiście magicznego Overcome z Maxinquaye, ale niestety miałam wrażenie, że zostało urwane w połowie. Zwłaszcza w porównaniu z resztą utworów, z których artysta stworzył rozbudowane instrumentalno-wokalne kompozycje. Usłyszeliśmy jeszcze m.in. Parenthesis z False Idols, niewydane na albumie I Live Alone i Joseph z Knowle West Boy. Przy tym ostatnim miałam ciarki na całym ciele, kiedy patrzyłam na Francescę i Tricky’ego śpiewających przy jednym mikrofonie. Pewna intymność, którą wtedy razem wytworzyli, była niesamowita. Nie można nie pochwalić tutaj występu Francesci Belmonte. Wokalistka ma rewelacyjny głos. Wydobywała z siebie czyste, wysokie dźwięki, by zaraz potem przejść – lekko chrypiąc – w spokojną melorecytację. Zachwycił mnie również cover The Breeders Do You Love Me Now? w wykonaniu ekipy Tricky’ego.

Poza tym, trzeba przyznać, że cały koncert był raczej występem samego zespołu, bardzo dużo pracy miała Francesca Belmonte, a Tricky był bardziej skupiony na odgrywaniu pewnego spektaklu. Wił się, skakał, wskazywał, kto ma teraz grać niczym dyrygent orkiestry. Kładł się na ziemi, składał ręce do modlitwy i swoją twarzą, gestami wyrażał wielkie ludzkie cierpienie, by za chwilę chwalić się publiczności, że pije polskie piwo, zejść ze sceny i pójść w tłum. Rzucał mikrofonem, potem oparł się o keyboard w ten sposób, że omalże kompletnie go nie przewrócił. Sam tylko dołączał się w niektórych fragmentach.

Miałam poczucie, że oglądam spektakl, który momentami mnie porywał, a czasem był nieudaną farsą z niezupełnie zgranym zespołem, bowiem reszta muzyków sprawiała wrażenie, że sami nie do końca wiedzą, co znowu wymyśli Tricky. Jedno trzeba przyznać na pewno – Adrian Thaws przykuwa uwagę. Ci, którzy spodziewali się grzecznego, normalnego scenicznego występu, mogli czuć się rozczarowani. Niedzielny występ gwiazdy trip-hopu przypominał bardziej performance z improwizacją, aniżeli dokładnie zaplanowany koncert z ustaloną setlistą. Sama nie wyszłam powalona na kolana, bo bardziej przemawiają do mnie jednak studyjne kompozycje Tricky’ego, ale na pewno nie byłam rozczarowana. Wciąż uważam, że warto wybrać się na taki koncert – chociażby po to, by zobaczyć spektakl legendy trip-hopu na żywo i przekonać się, czy aby na pewno Tricky to Nearly God, jak sugeruje tytuł jednego z jego albumów.

Nie ma więcej wpisów