Na początku było niezrozumienie. Wszyscy, którzy słyszeli jakiekolwiek zapowiedzi dotyczące tego wieczoru, mogliby spodziewać się wydarzenia podobnego do odbywającego się o tej samej porze w pobliskim klubie Fantom. Podobnie przecież jak przy UL/KR, tak i goście niedzielnej odsłony Ars Cameralis swoją elektroniką powinni porywać do tańca. Z początku więc trudno było pojąć fakt obcowania z Brytyjczykami w pozycji siedzącej, pozbawieniu większego skrawka parkietu. Wyjaśnienie przyszło jednak po zgaszeniu świateł, energicznym wejściu duetu na scenę, uchwyceniu pierwszych dźwięków wypełniających salę Bytomskiego Centrum Kultury.

Wszelkie porównania, jakie padając by przyciągnąć do zapoznania się ze Stubborn Heart, trudno uznać za jednoznacznie trafne. Można tu mówić o futurystycznym wtręcie SBTRKT czy Mount Kimbie, ale to wciąż artyści pokrewni. Odniesień do Jamesa Blake’a w sumie trudno uniknąć, gdy w grę wchodzą elektroniczne pasaże, głębokie bity a sam tęskny głos  Luca Santucci przechodzi płynnie z tego falsetowego na tony niższe. To zresztą chyba najciekawsza część składowa muzyki zespołu, który kryje się pod dość pretensjonalną nazwą.

Jednak sam występ jakby naturalnie wplótł się w przestrzenną salę, co podkreślał Santucci, zachwycony dźwiękiem, który wydobywał się z głośników – zupełnie innym niż podczas ich występów w ciasnych klubach. A jednak nieco tej dusznej atmosfery mogło brakować. Szczególnie podczas samego początku, gdy można było odnieść wrażenie mylnego rozpoznania duetu znajdującego się na scenie. Wszystko wskazywało bowiem, że powróciliśmy do końca magicznych lat 90., gdzie Del Naja i Marshall uskuteczniali swój mroczny trans w postaci płyty Mezzanine. Niemniej, trip-hopowe konotacje w Two Times a Maybe czy Penetrate wypadły znakomicie. Szczególnie, że tłem dla tych dźwięków były wielkie, nakładające się na siebie plamy, często jakby wyciągnięte wprost z testu Rorschacha.

Santucci, gdy tylko odrywał się od mikrofonu, przemierzał scenę i od czasu do czasu znikał w jej ciemnościach, jakby próbując dać ujście siedzącym w nim emocjom. Energia uchodziła z niego, gdy tylko powracał na swoje centralne miejsc, tuż obok Bena Fitzgeralda, wyśpiewując zatopione w z soulowym sosie wersy. A jednak te przeplatające się struktury, zahaczające o dubstep czy synthpop zaczęły się w pewnym momencie zlewać, zdawkowo częstując łamaniami struktur.

Wynagrodzenie przyszło jednak wtedy, gdy wywołany do powtórnego pojawienia się duet, niespodziewanie zapowiedział: Więcej nie mamy. A po zapytaniu publiki o preferencje albumowe, raz jeszcze przedstawił (nieco inną od wersji albumowej) krystalicznie czystą wersję Better Than This. Dla której warto było się tu zjawić, nawet jeśli występ zostawił po sobie nie dłuższe niż godzinne oderwanie od aury mroźnego listopada oraz muzyczne zarysy kilku ostatnich kompozycji, które można było powtarzać w czasie powrotu do domu. Ale może kolejne dokonania Stubborn Heart i drugi w naszym kraju koncert przyniosą bardziej pamiętne, transowe doznania. Będę czekać.

Nie ma więcej wpisów