Musimy to przejść, musimy nadejść, zostawić po sobie poświatę – tak brzmi jeden z wersów utworu Jaśniej Krzyśka Zalewskiego i chyba najbardziej oddaje to, co zostaje po zetknięciu się z muzyką tego chłopaka na żywo. Krzysiek świeżo po wydaniu drugiego krążka pt. Zelig ruszył w trasę koncertową. Póki co, występuje jako support przed Katarzyną Nosowską, z którą już miał szczęście współpracować.

Zalewski nie raz udowodnił, że jest świetnym muzykiem, a to jak prezentuje się na scenie tylko potwierdza te słowa. Wulkan muzycznej energii to mało powiedziane, ale kiedy Zalewski zaczyna śpiewać, bawić się głosem niczym kolejnym instrumentem przestaje się zwracać uwagę na cokolwiek innego (z całym szacunkiem dla występujących z nim muzyków). To Krzysiek jest panem sceny i to on za sprawą swojej charyzmy przyciąga spojrzenia widowni niczym magnes – tak też było w poznańskim Eskulapie. Utwory z Zeliga brzmią na żywo jeszcze bardziej soczyście niż na płycie, jednak nie mogę wspomnieć o jednym kawałku, który w wykonaniu Krzyśka wprawia mnie w osłupienie. Cover, który po raz pierwszy słyszałam w programie ku pamięci Grzegorza Ciechowskiego, zabrzmiał w piątek w Poznaniu. Wiele osób już siłowało się z utworem Nie pytaj o Polskę, ale Krzysiek wykonuje to z tak wielką pasją, że niemal słychać jak bicie serc na sali zamiera.

Prócz jednego covera, zabrzmiały utwory z płyty Zelig w wersjach nieco bardziej rockowych niż na płycie. Zwieńczeniem krótkiego – bo zaledwie półgodzinnego występu – był singiel Jaśniej z charakterystycznym dziecięcym chórkiem w finale. Krzysiek całym występem tylko pokazał, że o Zalewskim nie da się ot tak zapomnieć. Po latach grania ról drugoplanowych powraca pełen sił jako charyzmatyczny frontman.

Support świetnie rozgrzał publiczność przed królową piątkowego wieczoru. Nosowska jak zawsze pokazała klasę, bo chyba tutaj nie ma wątpienia, że jej koncerty to imponujące pokazy niebywałej wszechstronności i talentu. Koncert rozpoczęła Milena, a potem zabrzmiały utwory praktycznie z przekroju całej dyskografii artystki. Zaskoczyła z pewnością odświeżona, różna od tej albumowej wersja Nomady oraz pojawił się cover (znany, bo wykonywany przez Katarzynę choćby na Open’er Festiwalu w zeszłym roku) utworu Davida Bowiego – Let’s Dance. Tak naprawdę czego Nosowska by nie zaprezentowała i tak byłoby cudownie, bo podczas każdego koncertu potrafi ona zbudować wyjątkową zupełnie atmosferę, którą ciężko opisać w paru słowach. Magiczna kraina, do której zabiera nas Nosowska pełna jest kolorów i ciepła. Ciarki przy niektórych utworach to już w moim przypadku jest standard. Publiczność była absolutnie pochłonięta przez każdy dźwięk płynący ze sceny, szaleństwu dała się nawet odrobinę porwać sama Nosowska, która nie szarżuje zazwyczaj z ruchem scenicznym. Jednak to w jej przypadku nie jest żadną ujmą, bo Kaśka czaruje czymś o wiele ważniejszym – cudowną grą słów i emocji.

Mnie zawsze urzeka jej skromność, która ukazuje się po każdej piosence, kiedy Kasia głosem zawstydzonej dziewczynki, która ma powiedzieć coś niezwykle ważnego na szkolnym apelu, dziękuje publice, dygając przy tym nieśmiało. Tak czy inaczej, fale oklasków są w stu procentach zasłużone, bo Nosowska to klasa sama w sobie.

Nie ma więcej wpisów