Kilkanaście lat temu słuchałam tylko rapu. I nie nazwałabym tego ograniczaniem się, zamykaniem się na wyłącznie jeden gatunek. Nie był to także wynik nieświadomości, nieznajomości innego rodzaju muzyki. To była fascynacja. Silna fascynacja znanym utworem Stan Eminema, który kuzyn puścił mi jeszcze wtedy z kasety.

Następnie natknęłam się na polskich raperów/polskie składy – m.in. Kaliber 44, Paktofonika, Fenomen, Slums Attack, Płomień 81, Peel Motyff. Jeśli dołożyć do tego ksywy z podziemia, mogłabym w tym miejscu stworzyć obszerną listę. Tym bardziej, że wspomniałam tylko o początkach mojej przygody z muzyką kultury hip-hopu, świadomie pomijając np. Pezeta, Tedego, WWO, Molestę Ewenement czy ekipę P.D.G. (z Guralem na czele), którzy w moim rapowym kalendarzu pojawili się odrobinę później.

To były czasy Rastapage, a później SamiSwoiForum. Okres, kiedy wszystkie wolne godziny wypełniałam polskim rapem, a dysk komputera stacjonarnego obciążałam gigabajtami tzw. nielegali. To były czasy, o których zapomniałam na kilka ostatnich lat, a które przypomniał mi Zeus swoim debiutanckim albumem pt. Co nie ma sobie równych.

Na poniższej playliście znajdują się utwory wyłącznie polskich artystów, bo choć rap poznałam dzięki amerykańskiemu twórcy tego gatunku, rodzima scena zawsze była, jest i będzie dla mnie najciekawsza i najważniejsza. Zatem Polacy, ci młodsi, niekoniecznie w dowodzie, raczej w kwestii dat premier swoich krążków. Ci, którzy ostatnimi czasy pokazują mi, jak wiele straciłam przez te lata przerwy, bo zapewne wiele mnie ominęło…

Nie ma więcej wpisów