Godzina czegoś, co Gaga nazwała Artpopem nie jest nawet w kilku procentach tym, za co można by brać taką twórczość. Co dziwi, bo znając samą zainteresowaną, można było spodziewać się – mimo kolejnego przekroczenia norm dziwności w muzycznej estetyce – nie mniej ciekawych kombinacji, które równoważyłyby bilans pomysłowości przyswajalnej jak i trudnej do pokochania. A jednak w swoich ekstremalnych połączeniach wokalistka poszła jeszcze dalej, już nie tylko epatując italo-disco łączonym ze sceną quasi-techno, ale niemal całkowicie pozbywając się żywych instrumentów, zastępując je kolejnymi pociętymi samplami przeróżnych muzycznych stylów.

A jednak tak jak dawało się wyłowić w poprzednich wcieleniach Gagi jakieś w miarę rozsądne posunięcia (nawet gdy wszyscy zachwycali się nieznośnym Bad Romance), tak te połamane, wielowarstwowe aranżacje, zamiast przykuwać tanecznością i energią, stają się swego rodzaju kakofonią.

Dobre pomysły zostają niejednokrotnie zabijane. Pierwsze sekundy Aury, które zapowiadały pomysł utkwiony w kulturze wschodu nikną szybko w wokalnym skrzeczeniu, które ratuje tylko bridge. Podobnie z Venus, które wraz z usunięciem refrenu mogłoby sprawdzić się jako ciekawy wypełniacz przestrzeni tanecznych klubów. Kolejne nieskrępowane, ale i nieco bezmyślne skoki pomiędzy chęcią wytworzenia rockowej werwy (MANiCURE), a zdobyciem uznania fanów M.I.A. (Jewels N Drugs) też nie robią już wrażenia. A w wypadku wątpliwej wartości samej treści tych utworów, nie stają się niczym innym niż pozą w kwestii czerpania wzorców z odrębnych gatunków i stylistyk.

Usilna transgresja, jaką próbuje zastosować Lady Gaga, objawia się także w kwestii słów i samego głosu. Ten przez większy czas zostaje potraktowany vocoderem i zamiast ukazywać wokalne możliwości, jeszcze bardziej działa na niekorzyść jej samej. Tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z następującymi po sobie wariacjami na temat romansów, miłosnych przygód i obscenicznych zachowań oraz myśli. I choć trudno wymagać,  przy założeniu że Gaga po prostu lubi się dobrze bawić, abyśmy byli przy tym częstowani filozoficznymi rozprawami, to podobne historie chciałoby się otrzymywać w tonie zbliżonym do retoryki The Weeknd czy może nawet bardziej FKA twigs.

Co nie znaczy, że Artpop nie zawiera innych treści. Nie stwarza atmosfery przyjemnego guilty pleasure w postaci Sexxx Dreams, G.U.Y czy Fashion!, że nie zawarto na nim elementów, których można słuchać bez zbędnego sprzeczania się o trafność doboru aranżacyjnego (Do What U Want).

Ale abstrahując od tego o czym jest ten album, naprawdę trudno znaleźć tu elementy zaskakujące pozytywnie. Będące oznaką świeżości umysłu a nie zlepkiem popychających muzyczny szum trendów, przebranym za rewolucję pastiszem dokonań Gagi. Całościowo Artpop nie jest płytą nie mogącą funkcjonować jako niezbyt zauważalne tło. Ale jakże niezręcznym jest jakakolwiek próba stwierdzenia, że to twórczość niezrozumiała, bo przekraczająca popkulturowy Rubikon.

Nie ma więcej wpisów