Tegoroczny festiwal Ars Cameralis obfituje w wiele wydarzeń związanych z szeroką pojętą kulturą. Jak zwykle szczególne miejsce zajmuje muzyka. Po kilkunastu koncertach przyszedł wreszcie czas na bodaj najważniejszy, a z pewnością najbardziej oczekiwany występ – na scenie pojawiła się Oh Land.

Publiczność przed wokalistką starał się rozgrzać Owen Evans. Trwający trzy kwadranse występ można zaliczyć do udanych, choć widać było, że muzyk jest trochę onieśmielony. Kiedy na scenie zaczęła montować się ekipa z obozu Oh Land dało się zauważyć rosnące napięcie, które wraz z pierwszymi dźwiękami Cherry On Top zamieniło się w czystą euforię. W takich momentach naprawdę cieszę się, że Dunka doznała kontuzji i ostatecznie musiała zrezygnować z kariery baletnicy na rzecz śpiewu. Wokalistka dała popis swoich umiejętności, pokazując, że inne, popularniejsze gwiazdy pop, nie dorastają jej nawet do pięt. Piękny, czysty wokal na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na albumach, co nie zdarza się często. Po nostalgicznej, nieco podrasowanej klubowym brzmieniem piosence czas przyszedł na funkowe Pyromaniac, podczas którego wszyscy słuchacze zaczęli podrygiwać w rytm melodii.

Nanna Øland Fabricius, bo tak brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko, złapała świetny kontakt z katowicką publicznością. Sukces jaki na nią spadł nie zrobił z niej diwy, która odgradza się od fanów barierkami i nie rusza się na krok bez ochroniarza. Wręcz przeciwnie – Nanna nie bała się wchodzić w interakcje ze słuchaczami, a nawet szybko nauczyła się polskiego dziękuję. Podkreślała, że mamy bardzo wiele wspólnego z jej rodakami i widać było, że bawiła się równie dobrze, jak my.

Po czterech utworach z najnowszego wydawnictwa artystki zatytułowanego Wish Bone, przyszedł czas na starszy kawałek. Wolf & I z wydanego dwa lata temu albumu zabrzmiał niezwykle klimatycznie i idealnie komponował się ze specyficzną atmosferą Hipnozy.

Na koniec nie mogło zabraknąć oczywiście dwóch największych utworów artystki, czyli tegorocznego singla Renaissance GirlsSun Of A Gun, który wyniósł ją na światowe listy przebojów. Wisienką na torcie był oczywiście bis, podczas którego rozbrzmiały Sleepy TownWhite Nights.

Lekkie aranżacje, niepowtarzalny wokal i kontakt z publiką okazały się idealnym przepisem na udany występ. Oh Land, jak na byłą tancerkę przystało, dała z siebie wszystko, co dało się odczuć i przyniosło oczekiwany efekt. Chyba nie było nikogo w klubie kto czułby się zawiedziony. Mam zatem nadzieję, że artystka niebawem powróci do Katowic, może już z nowym materiałem, nowymi pomysłami, ale z taką samą energią.
(Ola Bąk)

 

Chociaż główną inspiracją Oh Land jest Björk, to można śmiało stwierdzić, że ta duńska artystka wykształciła już na tyle dobrze swój własny gatunek muzyczny, że nie ma sensu szukać już porównań do innych. A najlepszym tego przykładem był koncert, jaki dała 21 listopada w katowickim Jazz Klubie Hipnoza.

Koncert rozpoczął krótki support gitarzysty Oh Land, który koncertując z artystką stara się trochę wypromować swoją twórczość. W ten sposób Oh Land odwdzięcza się Owenowi Beverly’emu, który, ubrany w punkową koszulkę, wyśpiewał kilka akustycznych piosenek. Niestety, Amerykanin nie spotkał się ze zbyt dużym zainteresowaniem, jednak trzeba przyznać, że jego głos brzmiał naprawdę czysto. Warte wspomnienia jest zachowanie kilku osób stojących w pierwszym rzędzie na przeciwko Beverly’ego – przez cały wstęp gitarzysty stali oni odwróceni do niego plecami rozmawiając głośno. Wydaje mi się, że każdy artysta zasługuje na trochę szacunku – nawet jeśli nie trafia zbytnio w nasze gusta, a co więcej jest supportem.

Parę minut po 21 na scenie pojawiła się sama Nanna (Oh Land) i atmosfera w Hipnozie zmieniła się nie do poznania. Na początek Dunka zaserwowała nam kilka utworów z jej najnowszego albumu Wishbone, m.in Cherry On Top, Bird In An Aeroplane, czy przebojowy Pyromaniac. Później w setlistę wkradło się kilka utworów z poprzedniego albumu pt. Oh Land, jak Wolf & I, czy Perfection. Oh Land brzmiała nieskazitelnie, a w jej słuchaniu nie przeszkadzało nawet drobne przeziębienie artystki, którego nawet na siłę nie dało się usłyszeć w głosie artystki. Energiczne tańczenie i nawet fragment choreografii do Renaissance Girls były żywym dowodem na to, że Oh Land szanuje swoich fanów i stara się zawsze dać z siebie wszystko.

Poszczególne utwory przeplatane były drobnymi anegdotami, dzięki którym Nanna wydała się jeszcze bardziej sympatyczną osobą. Chęć nawiązania kontaktu z publicznością była na tyle urocza, że usłyszeć można było jak bardzo podobna Polska jest do Danii (m.in. dzięki miłości do ziemniaków), a utwór Wolf & I został zadedykowany polskim wilkom i żubrom. Niestety managerka artystki skróciła do całkowitego minimum moment spotkania z fanami pod koniec koncertu, podczas którego tylko kilku wybrańców mogło zrobić sobie zdjęcie z artystką i dostać autograf na płycie – wytłumaczone to zostało chorobą Oh Land.

Podsumowując – opłacało się czekać pięć lat na pierwszą wizytę Oh Land w Polsce. Hipnoza wypełniona pozytywną energią na pewno pozostanie w pamięci wielu na długo.
(Kuba Stadnicki)

Nie ma więcej wpisów