White Lies to zespół, który obdarza polskich fanów niezliczoną ilością koncertów. Także podczas trasy promującej najnowszą płytę grupy – Big TV – nie zabrakło na ich mapie Polski i to podwójnie. Środowy występ White Lies w warszawskiej Stodole był moim pierwszym, więc nie mogę go porównać z pozostałymi koncertami. Jeśli wszystkie były takie jak ostatni, to żałuję, że nie dane mi było zobaczyć wcześniej ani razu tego częstego w naszym kraju muzycznego gościa.

Zanim jednak na scenie ukazała się główna gwiazda wieczoru, swoje pięć minut miał nastrojowy zespół In the Valley Below. Grupa stanowiła bardzo dobre preludium dla White Lies. Ciekawy dobór wokali, klimatyczne, ale pozbawione nudy utwory – to niektóre zalety tego amerykańskiego zespołu. Zdecydowanym minusem był bardzo okrojony kontakt z publicznością, ale mogło to być podyktowane niewielką ilością czasu lub po prostu niewystarczającym obyciem scenicznym. Support sam w sobie prezentował się interesująco, czasami tylko brakowało w nim życia.

Po półgodzinnej przerwie przyszła kolej na brytyjską formację White Lies. Wśród zagranych piosenek prym wiodły debiutancka płyta – To Lose My Life – oraz najświeższy album – Big TV. Zespół zgrabnie przeplatał nowości utworami, z którymi publiczność była już osłuchana, co dało bardzo pozytywne wrażenie, a grupa ani na chwilę nie zwolniła tempa. Występ rozpoczął się od prawdziwej koncertowej petardy i jednej z najpopularniejszych piosenek – To Lose My Life. Po takim zagraniu grupa miała publiczność w garści już do samego końca tego dość krótkiego, aczkolwiek obfitego w atrakcje koncertu. Praktycznie każdy utwór witał się z gromkim powitaniem przez publiczność, a największe emocje wzbudził we mnie Unfinished Business.  Warto również porównać piosenki z albumu Big TV z wykonaniami koncertowymi. Jakkolwiek płyta nie jest wielkim muzycznym wydarzeniem roku i słucha się jej przyjemnie, na koncercie brzmiała o wiele lepiej niż w domowym zaciszu. Utwory wyzwalały więcej emocji i brzmiały bardziej drapieżnie dzięki delikatnemu zdrapaniu lukru. W setliście znalazły się te żywsze piosenki z nowej płyty, przy których, moim zdaniem, pozostałe pół płyty wypada blado.

Podczas gdy ponury i tajemniczy głos Harry’ego McVeigha rozbrzmiewał na dobre, warto było zwrócić większą uwagę na oprawę sceniczną koncertu. Wiele zespołów powinno uczyć się od White Lies dbałości o występ i fanów. Dawno nie widziałam tak dopieszczonego koncertu w klubie. Dzięki dodatkowym bodźcom, takim jak idealnie oświetlenie kolorystycznie zgrywające się z muzyką, lasery, dymy, a nawet telebimy, publiczność mogła przeżyć ucztę nie tylko dla uszu, ale także dla oczu.

Chociaż muzyka White Lies bardziej zmusza do refleksji i zadumy niż skakania w ekstazie, występowały także momenty nadzwyczaj energiczne. Oblewana zimnym potem publiczność była szczęśliwa i rozemocjonowana. Wsłuchując się w muzykę i teksty utworów wszyscy fani byli skazani na notoryczną gęsią skórkę i, mimo wspaniałych świateł czy interesujących wizualizacji, ochoczo zamykali oczy, całkowicie oddając zespołowi na jeden wieczór swoją duszę. Do chwili obecnej nie mogę uwolnić się od słuchania White Lies i bezustannie przedłużam koncert, który już dawno dobiegł końca.

Nie ma więcej wpisów