Ars Cameralis stawia w tym roku bardziej na odkrycia niż wielkie nazwiska. Idąc tym tropem, w sobotni wieczór Katowice gościły greckiego muzyka Matteusa, który przyjechał zagrać swoją drugą płytę SUB_. Wielce intrygujący artysta, ogłaszany czarnym koniem festiwalu, zdołał sprawić, że niewielka Scena w Malarni Teatru Śląskiego wypełniła się do ostatniego miejsca. Usadzona wygodnie, zostałam zabrana w godzinną podróż wraz z dźwiękami produkowanymi przez głównego bohatera wieczoru.

Jeżeli ująć koncert w kategorii wyprawy, to zdecydowanie pokierowano nas na północ. Gdzieś w tej muzyce czaił się zimny wiatr i lód. Podkreślały to klimatyczne wizualizacje wyświetlane w wyciemnionej sali na dwóch ekranach. Księżyc, ogień, woda – tematyka i brzmienie zaprezentowanych utworów przywodziły na myśl samotnego człowieka szukającego odpowiedzi w przyrodzie.

Atmosferę budowała zaskakująca barwa głosu Matteusa. Zamykając oczy, z łatwością można było wyobrazić sobie na jego miejscu którąś ze skandynawskich wokalistek . Artysta czas na scenie dzielił między klawisze, mikser i harfę. Kompozycje z wykorzystaniem tych pierwszych były najbardziej wciągające, leciutko przypominając Perfume Genius. Natomiast szarpanie strun nie dawało niestety żadnego słyszalnego efektu. Najbardziej doskwierało, że gdzieś po drodze zagubiły się przestrzenie, głębokość dźwięku, którą Matteus mógł zaoferować. Mogło być perfekcyjnie – było poprawnie.

Niemniej jednak przez czas trwania koncertu towarzyszyło mi przyjemne uczucie spokoju, gdzieś na skraju marzenia sennego. W wyobraźni galopowały wizje zimowego wieczoru, kołdry i kubka z gorącą herbatą. I choć samo wykonanie nie do końca mnie przekonało, z chęcią sięgnę po płytę w momencie jej wydania.

Nie ma więcej wpisów