Na swoim drugim krążku, Nepenthe (w mitycznej Grecji nazywano tak lekarstwo na smutek, lek zapomnienia – po raz pierwszy wyraz ten pojawił się w Odysei), Julianna Barwick konsekwentnie podąża obraną ścieżką, której początek odnajdujemy w debiucie z 2011 roku. Po dwóch latach otrzymujemy nowy zestaw kompozycji artystki. Barwick idzie o krok naprzód, widać (słychać) postęp, udane eksperymenty i zmiany.

Cechą charakterystyczną muzyki Julianny są wielowarstwowo zapętlone wokale (warto nadmienić, że głos Amerykanki kształcił się w chórze) z domieszką instrumentów, które razem budują transcendentne muzyczne przestrzenie. Na The Magic Place odrobinę stłamszone, natomiast Nepenthe cechuje jasność, rozszerzenie owej przestrzeni – w konsekwencji możemy swobodnie otaczać się paletą dźwięków. Materiał jest inspirowany pobytem na Islandii. Album przeszywa północnym chłodem. Dyskretnie, gdzieniegdzie daje się usłyszeć subtelne pianino podkreślające delikatność kompozycji. Głos Julianny wspiera dziewczęcy chór, którego piękna w pełnej krasie możemy doświadczyć w utworze Forever. One Half to jedyny utwór, gdzie słyszalny jest tekst. Proces wzrastania napięcia został w nim skrojony w idealny sposób. W Crystal Lake surowość i czystość kompozycji przełamuje zsamplowana gitara basowa.

Nie jest to łatwy album w odbiorze, ale poświęcenie paru chwil na eksplorację Nepenthe z pewnością spowoduje rozwinięcie Waszej wrażliwości muzycznej. Wgłębienie się w z pozoru chłodny i zdystansowany świat Julianny Barwick nie będzie czasem straconym. Ciekaw jestem, jaką drogą podąży Amerykanka z albumem numer trzy.

Nie ma więcej wpisów