Michał Sosnowski, kryjący się pod pseudonimem En2ak, był już uczestnikiem tegorocznej edycji Red Bull Music Academy, a scenę dzielił między innymi z Sun Glitters, Om Unit czy samym Flying Lotusem. Brzmi zachęcająco? Pewnie. Nic więc dziwnego, że twórcy Ars Cameralis pokusili się o zaproszenie go w tym roku do współpracy.

Wrocławianin, kojarzony z duetem Przaśnik, w samotnej podróży radził sobie jednak dobrze. Nie wyzbył się eklektyzmu płynącego z brzmień poprzedniej formacji, co cieszyło, bo przestrzeń klubu potrzebowała dźwiękowego ożywienia, które En2ak niewątpliwie przedstawiał. Częstował miksem dość krótkich, ale charakterystycznych bitów, po których można było domyślić się co było jego głównym celem – taneczne rozmiękczenie publiczności, bez taryfy ulgowej. Funk ścierał się z breakbeatem. Wszelkie odcienie R&B, podczas których Destiny’s Child mogły spokojnie rozgrzać parkiet ruchem swoich ciał, przechodziły hip-hopowe wstawki, epatując swą intensywnością.

A set, chodź nie bez małych problemów technicznych w początkowym stadium występu, zakończył się aprobatą głównego wykonawcy tego wieczoru. Swoją drogą, Slugabed przez ostatnie parędziesiąt minut podrygiwał wraz z resztą publiczności. Ten z kolei przybrał nieco inną drogę dotarcia do publiki, która raczej nie potrzebowała zbyt wiele, aby dać się porwać następnej dawce dźwięków. Niemniej, to właśnie od Grega Feldwicka zależało, jak długo i jak sprawnie przebiegnie dalsza część wieczoru.

Choć we wszelkich informacjach prasowych można Slugabed łączyć z dubstepem i hip-hopem, to trudno było tego wieczora doświadczyć w pełni jakichkolwiek cech, które miałyby o tym świadczyć. Słowa o niezmiennym ruchu Sluga stały się więc potwierdzeniem. A ten zabierał zebranych w Fantomie w podróż poprzez wielowymiarowe ścieżki gęstego basu podszytego kolejnymi melodiami, które płynęły wśród tłumów. Eksperymentalny miks nie gubił swojej dynamiki, tak jak mogłyby to robić stylistyka powszechnie rozchwytywanego chillwave’u. A sprawność z jaką działał sam DJ, oddziaływała na coraz bardziej tłoczących się przy stole jak na zaczarowanych.

Inna sprawa, że odnowiony Fantom wydawał się nieco mniejszy, co przekładało się na atmosferę setów i dobrze rozchodzący się dźwięk. Surowość niewykończonego (a przynajmniej sprawiającego takie wrażenie) wnętrza kłóciła się z ideałem kontenerowej sceny, obłożonej różowo-fioletowym wzorem. A tę co rusz atakowały kolorowe migawki świateł, które hipnotycznie przykuwały wzrok na poczynania artystów.

To była dobra, choć ostatnia w tej edycji festiwalu, niedziela.

Nie ma więcej wpisów