Tytuł najnowszego wydawnictwa rockowego trio z Warszawy w tym przypadku jest trafny jak jeszcze nigdy dotąd, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Magnificent Muttley wrócili z kolejnymi nowościami – po długogrającym debiucie przyszedł czas na EP-kę. Little Giant faktycznie jest dość little – dwa zupełnie świeże utwory plus trzy nagrania z sesji dla Otwartej Sceny. Chciałoby się zacząć narzekać, że w większej części jest to odgrzewany kotlet, a dwa kawałki to takie nico – ale nie w przypadku tego składu.

Magnificent Muttley mają tę szczególną cechę, że ich utwory brzmią dobrze na nagraniach, ale prawdziwa energia i ich moc ujawnia się dopiero kiedy chłopaki stoją na scenie. Jeszcze przed spotkaniem się z nimi na żywo miałam wrażenie, że lepiej tych kawałków zagrać się nie da, a jednak! Dlatego nie było wątpliwości co do tego, że te trzy numery zarejestrowane w studiu Otwartej Sceny otrzymają dodatkowego energetycznego kopa. Wreszcie czuć w nich to, czego nieco brakuje na debiutanckim albumie – hulająca energia między muzykami i ich muzyczne szaleństwo wydaje się wręcz wychodzić poza ramy połyskującego krążka. Nowe utwory natomiast pokazują, że kto jak kto, ale ta trójka nie zamierza osiąść na laurach. Otwierający EP-kę Winter dla mnie jest absolutnym numerem jeden (i dosłownie i w przenośni jak się okazuje), ale ciężko po przesłuchaniu całości nie nucić chwytliwego refrenu z Weapon of Choice. Wyraźna linia basu, tętniąca życiem sekcja rytmiczna, która nie stanowi jedynie tła do całej reszty i kunsztowne, bezkompromisowe gitarowe solówki – to czysta magia rock’n’rolla, która płynie w żyłach tej trójki młodych chłopaków.

Reasumując – szkoda, że to tylko EP-ka bo rozbudza apetyt na więcej, jednak jak już wspominałam, to nazwa idealnie oddaje czego można się po niej spodziewać. Niby szalenie małe wydawnictwo, a jednak ogromne (aż ciśnie się na usta słowo gigantyczne) jeżeli patrzeć na jego wartość muzyczną. Oby tak dalej – czekam na więcej.

Nie ma więcej wpisów