Wydaje się, że żyjemy w czasach, kiedy muzyka gitarowa wydaje się być formą nieco wyblakłą, jeśli chodzi o wyrażanie swoich postulatów i emocji. I można byłoby powiedzieć, że od wielu lat w tej kwestii niezmiennym pozostał już tylko punk. Tyle, że świat nie zwraca uwagi w stronę tego gatunku, nie obserwuje z zachwytem zespołów, które swoje płyty nagrywają w przeciągu trzech godzin. Mimo że tak właśnie zrobiło trio z Poznania, dalekie od rockowo-popowych zbitek wytworów, które rozpływają się w łatkach indie, elektronicznych romansach.

Ten riff ma wyrażać radość z wprowadzenia rokendrolowego trybu życia, jeśli to tylko możliwe – mówią na temat utworu Proca. I rzeczywiście, przywołany stan rzeczy utrzymuje się przez większość trwania albumu, przy którego wysłuchiwaniu przywołuje się mniej lub bardziej znane przykłady postaci sceny punkowej. Ale nic dziwnego, skoro już samo rozpoczęcie, w postaci dość podobnie rzężących miniatur Kurwat i Japoński, mówi o tym, że Graveyard Drug Party wzięło sobie do serca hasło: muzyka ma kopać i gryźć.

Brudne riffy Sonic Youth dają o sobie znać w CTMS. Zatopione w fantastycznym motorycznym groovie Lato dalekie jest od wizji słonecznej aury lipca, podobnie zresztą jak całość X. Namiętnie świszczące talerze Teni dopełniają kolejne zadziorne riffy Blastu. Z kolei Eufemia jakby wyłamuje się melodyką spod znaku grupy Iceage. I jedyne co w tej konwencji wydaje się być nieco mniej sprawne, to kwestia wokalu (w większości quasi-growlu) który nie przedziera się dostatecznie przez instrumentalną wymianę ognia.

Przy takim podejściu grupa mogłaby po prostu porzucić kolejne nazywanie utworów i zdołać swój debiut nagrać na setkę. By przez te niecałe pół godziny jeszcze bardziej podkreślić swoją odrębność od komercji, sloganów, nośności swojego wytworu. Ale te słowa to żaden zarzut, gdy brzmieniowa prymitywność ma się tutaj całkiem dobrze.

Spoglądając na opis ich zainteresowań ułożony w dosadne i dobrze znane hasło sex drugs & rock’n’roll, trudno stwierdzić czy cokolwiek co o Paint Your Teeth zdołałbym napisać, byłoby ich w stanie ruszyć. Opinie na temat tego albumu pozostają chyba tylko kwestią recenzji dla samego jej stworzenia, niżeli próbą zaznaczenia umiejętności zespołu, muzycznych odniesień, bzdurnych metafor. Bo jedni uznają działalność grupy jako nic nie wnoszącą szarpaninę z instrumentami i prześciganiem się w braku akordów, jeszcze inni po prostu płytę wyłączą, staną się offline. I ruszą do miejsca, w którym Yoko Ono i Kurwatu będą mogli doświadczyć na żywo. Bo o to chyba Graveyard Drug Party chodzi.

Nie ma więcej wpisów