W pierwszy dzień grudnia mijał tydzień od kiedy światło dzienne ujrzała debiutancka płyta poznańskiego zespołu Hello Mark. Ale to nie jedyna ważna data dla tej grupy – dokładnie dwa lata wcześniej Hello Mark stawiali swoje pierwsze kroki w muzycznej karierze (mimo że muzykom tworzącym ten zespół występy przed publicznością nie były obce). Panowie uczcili to chyba w najlepszy dla muzyka sposób – grając koncert w Klubokawiarni Meskalina.

Zebraną w sercu poznańskiego Starego Rynku publiczność rozgrzewał inny poznański skład – All Saints Street. Panowie urzekli mnie cudownie klimatycznymi wizualizacjami, które towarzyszyły ich występowi i jednocześnie nadawały specyficznego klimatu ich utworom. Mają oni niemały potencjał – lekko melancholijne melodie, odrobina post-rocka zmieszana z indie daje naprawdę ciekawy instrumentalnie efekt. Nieco gorzej jest z wokalem i nie chodzi tu o to, że Alexiej śpiewa źle czy nieczysto – po prostu barwa głosu jest nieco mało charakterystyczna i po kilku utworach ginie w dźwiękach przez co zwyczajnie przestaje się na nią zwracać uwagę. Mimo wszystko, w roli supportu sprawdzili się całkiem nieźle.

hello-mark-galeriaKiedy Hello Mark pojawili się na scenie, atmosfera od razu zrobiła się gorętsza. Panowie doskonale czują się na scenie, a Oskar dość skutecznie potrafi zachęcić publiczność do zabawy – mimo tego, że większość początkowo ruszała się dość nieśmiało, z każdą minutą koncertu kolejne osoby zaczynały podrygiwać, podskakiwać i tańczyć.

Muzycznie do chłopaków nie ma się do czego przyczepić – klawisze, gitary, perkusja i wokal współgrają ze sobą idealnie, a i energii im na scenie nie brakuje. Single Never Ending Story oraz tytułowy Close Your Eyes w klubowej scenerii brzmią wręcz wyśmienicie. Jak wspomniałam na początku, Hello Mark wydali kilka dni temu swój debiutancki krążek, sporą niespodzianką był fakt, że na niedzielnym koncercie zabrzmiał on w całości. Na żywo, kiedy ta szóstka staje na scenie, każdy numer dostaje porządnego energetycznego kopa. Dlatego z czystym sumieniem polecam wybrać się na ich koncert, bo to zupełnie nowa jakość tego, co znaleźć można na krążku.

Już pomijając sam fakt, jak dobrze panowie rozruszali początkowo onieśmieloną publikę, to bisy tego wieczoru były prawdziwą petardą. Zabrzmiał jeden niepublikowany wcześniej utwór, którego tytułu niestety nie zapamiętałam, ale szaleństwo przyszło dopiero po nim – Byłaś serca biciem w mocno odświeżonej, niemal funkowej wersji zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, jednak większe wrażenie wywarł na mnie hit z repertuaru Davida Bowiego. Let’s Dance było fenomenalnym ukoronowaniem tego koncertu, w dodatku ciężko było przy takim utworze w tak dobrym wykonaniu ustać spokojnie. Panowie pokazali jak wielki potencjał sceniczny w nich drzemie, mam nadzieję, że dostaną oni zaproszenie na któryś z naszych letnich festiwali, tam dopiero pokażą na co ich naprawdę stać.

Nie ma więcej wpisów