Renovatio mogłoby posłużyć za przedmiot socjologicznych dysput. Płyta, która pierwotnie miała ukazać się ponad dziesięć lat temu, ujrzała światło dziennie piętnaście lat od czasu ukazania się Wodospadów. A jednak, mimo wielu okazji do nakręcania się i dopingowania Bartosiewicz dążącej ku szczęśliwemu zakończeniu, sama data premiery przyszła tak nagle jak i nagle głosy o niej zamilkły. Brak medialnego szumu wokół artystki i jej dzieła nie jest oczywiście stanem zaskakującym, zważywszy na zawartość Renovatio. Nie chodzi tu o lokowanie odczuć recenzenckich w dalece odległej od siebie skali zadowolenia bądź dezaprobaty samej płyty. W większości, prócz kilku pomruków zawodu, daje się słychać ulgę osób, których oczekiwania mogły nie zostać spełnione. Zostały. Ale czy można było mieć jakieś naprawdę wielkie oczekiwania w stosunku do Edyty Bartosiewicz?

Przez te wszystkie lata zmieniła się scena muzyczna jak i słuchacze. Trudno więc było przewidywać, że medialne odrodzenie wokalistki popularnej w latach 90. wywoła nagły boom na jej postać. Ciężko było też oczekiwać, że stanie się tak za sprawą stylistycznej renowacji nowego repertuaru. Bartosiewicz pozostała wierna swojej twórczości, nie decydując się na drastyczną zmianę brzmienia, swojego instrumentarium. Dlatego, mimo wysokich miejsc na listach sprzedaży płyt, trudno o szerszy rozgłos jaki mógłby przynieść krok na miarę ostatniego albumu Chylińskiej.

Tym samym można Renovatio wiele zarzucić – muzyczną oczywistość utworów utrzymanych w średnim tempie, w których podsycane pop-rockowym świstem gitar refreny prą naprzód. Aranżacyjną powtórkę z rozrywki, którą cechuje niemal niezmienny od lat wokal samej zainteresowanej. A jednak we wszelkim malkontenctwie trudno znaleźć racjonalne objawy możliwości pozostania na te dźwięki obojętnym. Tym bardziej, że sama Bartosiewicz przyjmuje tu kilka różnych oblicz.

Elektroniczne podrygiwania z dawką akustycznej gitary mieszają się z amerykańską bluesową opowieścią Madame Bijou, tulą tłem smyków Rozbitków, energią nowej wersji Niewinności. Wreszcie, dalej pozostając szalenie charakterystyczne dla Bartosiewicz, sięgają zimnofalowej przestrzeni Cienia czy nawet reggae w dziwacznej Orkiestrze tamtych dni. Nie ma tu jednak szaleńczych prób na miarę Jenny, utworów ekspresyjnych, powalających zmiennością tempa. Ale też nie wydaje się, by chodziło o jakiekolwiek zawody związane z tworzeniem muzyki.

Bo, powracając do pytania o oczekiwania wobec samej Bartosiewicz, nie można było mieć złudzeń, że ona sama nie zechce przebijać się na siłę przez mur ukształtowanych przez media upodobań. To pewnie dobrze, bo być może moglibyśmy się dowiedzieć, że wolimy nośność niż charakter. I chyba nawet nie chcę wiedzieć, jak bardzo na odbiór Renovatio wpłynął na mnie sentyment. Ale jeśli Edyta Bartosiewicz jest z tej płyty zadowolona, to i ja jestem.

Nie ma więcej wpisów