Fenomen Woodkida przez dłuższy czas był dla mnie zaskoczeniem. Debiutancka płyta The Golden Age, choć dobra, nie okazała się być dla mnie na tyle energiczną, by porywać się na wcześniejszy jego koncert podczas FreeFormFestivalu. Objawienie nastąpiło w Ostrawie, kiedy to siła dźwięku roznoszącego się po niczym nieograniczonej przestrzeni sprawiła, że mój świat się zatrzymał, serce mocniej zabiło, a po ciele przebiegły ciarki.

To doświadczenie było główną przyczyną tego, że nie wyobrażałam sobie, by mogło mnie zabraknąć podczas kolejnego występu artysty, który odbył się 7 grudnia w warszawskiej Arenie Ursynów. Kierowana ciekawością, jak to potężne brzmienie sprawdzi się w zamkniętej hali, udałam się zatem do stolicy.

Wystarczyło, że na scenie pojawili się sami muzycy, by wzbudzić entuzjazm zgromadzonej publiczności. Prawdziwa euforia wybuchła jednak kilkadziesiąt sekund po tym, jak zabrzmiały pierwsze takty i naszym oczom ukazała się gwiazda wieczoru, czyli sam Woodkid. Już pierwsze dwa utwory, czyli Baltimore’s Fireflies oraz The Golden Age, ponownie wywołały u mnie dreszcze. Po raz kolejny poczułam niesioną przez tę muzykę moc, którą dodatkowo wzmocniło piękne światło, a także wizualizacje.

woodkid-galeriaNiestety, siła jej rażenia była słabsza niż ta, która uderzyła we mnie podczas pierwszego spotkania z artystą. Zamknięta przestrzeń Areny Ursynów stłumiła brzmienie sekcji dętej, której brzmienie uwięzione w czterech ścianach wypadło słabiej i nie wywołało takiego efektu, jakiego się spodziewałam. Spotęgowało natomiast poczucie ukołysania podczas setu delikatniejszych utworów, na które złożyły się między innymi nowa kompozycja Go czy też znany już, nostalgiczny Brooklyn.

Wyciszenie nastroju, choć niekoniecznie pożądane przez niektórych zgromadzonych, na pewno pozwoliło na zebranie sił na kolejną część koncertu, podczas której Woodkid pokazał się jako prawdziwa petarda. Dynamiczne, energiczne kawałki porwały uczestników wydarzenia do szalonej zabawy, szczególnie w trakcie najnowszego Volcano, najbardziej żywiołowego i zakrawającego o klubowe brzmienie utworu. Tańcu, podskokom i oklaskom zdawało się nie być końca.

Po takiej dawce energii trudno było pogodzić się z nieuchronnie zbliżającym się końcem wieczoru. Muzyk długo nie schodził ze sceny, grając dla Polaków zadowalająco długi bis. Yoann Lemoine po raz kolejny udowodnił swoje zdolności, dla mnie jednak wciąż najlepiej wspominanym będzie koncert na otwartej przestrzeni, która pozwala muzyce Woodkida na większą swobodę w docieraniu do ludzi.

Nie ma więcej wpisów