Nie bez drobnych przeszkód, ale jednak udało mi się dotrzeć do ciasno wypełnionej sali katowickiego klubu Rajzefiber, gdzie od dobrych parudziesięciu minut tłoczył się pokaźny tłum. Spragnionych, nie tylko wrażeń wysokoprocentowych, Sorry Boys powitali na chwilę przed dwudziestą pierwszą…

Niepozorna, i niemal niewidoczna przez tłum, Bela Komoszyńska dawała popis wokalnych możliwości. Jej skromna postura niezbyt pasowała do niespodziewanej wyrazistości i czystości brzmienia, ale jak bardzo można było się pomylić, pokazały kolejne wykonania Miss Homeless czy świetnego Leaving Warsaw.  Sama wokalistka szczególnie dobrze wyglądała w światłach czerwieni i bieli lamp, które jednak w kwestii całego występu wydawały się nieco wymuszonym dodatkiem.

Bo i sam zespół jakby chciał się pozbyć zbędnych ozdób i wkroczyć pomiędzy tłum, pozbyć się skrępowania statycznych póz, które wymuszała przestrzeń sceny. Takie zapędy bardzo dobrze pokazał początek koncertu, który był przypomnieniem działalności z okresu Hard Working Classes. Rockowej formuły, której riffy i aranżacje wybrzmiały o wiele potężniej niż można było się tego spodziewać. Tak, że w pewnych momentach można było przysiąc, że za mikrofonem stoi raczej Karen O, nie Bela K.

Zręcznie też mieszali swoje starsze utwory z tymi, dla których pewnie większość na Vulcano Tour się pojawiła. Ciekawie łączyli dźwiękową potęgę, po chwili zastępując je lekkością Back To Piano, by za chwilę wrócić na tory dobrze znane, lepiej wpasowujące się w atmosferę samego występu. Nic więc dziwnego, że publika donioślej zareagowała na zapowiedzi i samo wybrzmienie Evolution czy choćby Zimnej Wojny.

No i oczywiście nie zabrakło najważniejszego elementu wieczoru. Phoenix wybrzmiał na końcu godzinnego spotkania z grupą, za które Bela kilkukrotnie dziękowała. Jednak sam utwór pozostawił duży niedosyt, z powodu lekkich aranżacyjnych zmian, braku genialnego saksofonowego wejścia, które nadaje utworowi niepowtarzalności. Bo właśnie jeśli można by narzekać, że Sorry Boys zdają się zbyt sztywno trzymać reguł precyzyjnego odegrania materiału z wersji studyjnej, tak w tym wypadku kompozycyjne zaburzenie nie okazało się korzystne. Ale dla kogoś, kto zaraz po opuszczeniu klubu może odtworzyć sobie wersję albumową, nie będzie to wielkim problemem.

Nie ma więcej wpisów