Kayah wydała płytę Transoriental Orchestra, która ukazała się 5.11 – w urodziny artystki. Pomysł na płytę sięga rok wstecz, gdy podczas festiwalu Warszawa Singera piosenkarka wystąpiła z własnymi interpretacjami pieśni Żydów sefardyjskich czy aszkenazyjskich, używając tak unikalnych instrumentów jak santur, oud, saz, lutnie (przeczytacie o tym w wywiadzie). Nowatorskość tego przedsięwzięcia i ponowne zwrócenie się w kierunku nurtu szeroko rozumianej world music okazało się być strzałem w dziesiątkę. Płyta wylądowała niemal natychmiast na pierwszym miejscu sprzedaży sieci Empik, a w dwa tygodnie po premierze pokryła się złotem.

Ogłoszony w listopadzie warszawski koncert w teatrze Palladium został wyprzedany niemal na pniu. Stąd decyzja, by 16.12 zagrać dla stołecznej publiczności aż dwa razy. Udałem się na koncert, mając w pamięci pierwsze występy z tym materiałem na Placu Grzybowskim w 2012 i 2013 roku, i porównanie brzmienia live ze studyjnym. Produkcja tego albumu stoi na absolutnie światowym poziomie i po ukazaniu się go, miałem wrażenie, że dopiero teraz wydobyto z niego całą esencję muzyki etnicznej i ukrytą w tekstach historię i kulturę Żydów.

Koncert rozpoczynał instrumentalny utwór Transoriental, którą skomponował Atanas Valkov – muzyczny mózg całego przedsięwzięcia. Na podkładzie z głębokich basów przywodzących na myśl dawne kompozycje Asian Dub Foundation, Kayah melorecytuje modlitwę w jezyku aramejskim, towarzyszy jej perski muzyk Jahiar (późniejsze znakomite intro i wokalizy w utworze Ajde Jano).

Kayah / Fot. Barbara Olszewska

Kayah / fot. Barbara Olszewska

Koncert był prezentacją materiału z płyty, ale miał swoją dramaturgię. Prawdziwą rozgrzewką był śpiewany w języku sefardyjskim energetyczny Aman Minush. Potem usłyszeliśmy pierwszy singiel Kondja Mia, Kondja Mia zaśpiewany acapella wraz z Iwoną Zasuwą (współpracuje z Kayah od 17 lat, co słyszać w niewiarygodnym zgraniu obu głosów). Oszczędna aranżacja (wsparta jedynie odgłosami morza) została tu wizualnie fenomenalnie odtańczona rytmem flamenco w gościnnym występie przyjaciółki Kayah.

Aranżacje kompozycji z płyty Transoriental Orchestra momentami różniły się znacznie – El Eliyahu miał mocno zaakcentowaną linię basu wobblującymi dźwiękami dubstepu oraz klasycznymi dubowymi pogłosami. Muzyczna wędrówka w kierunku Bałkanów zaowocowała wspomnieniem z przełomowej płyty z 1997 roku Kayah & Bregovic. Usłyszeliśmy nowe aranżacje Sto lat młodej parze oraz Jeśli Bóg istnieje. Obie piosenki bardzo dobrze wpisały się w estetykę koncertu i spowodowały, że publiczność porzuciła krzesła. Czy krzesła w sali z tak motoryczną, dynamiczną muzyką były w ogóle dobrym pomysłem?

Ajde Jano to już popis duetu Kayah/Iwona Zasuwa, a Jidisze Mame (tak, znamy dziesiątki interpretacji tego klasyka) to Kayah śpiewająca w sposób taki, jak na debiucie Kamień z 1995 roku. Jazzujący, wolno płynący w rytm slajdów na ekranie głos Kayah był taki, jakiego chcę słuchać znowu i znowu. Duża w tym zasługa muzyków – Atanas Valkov i grajacy na fortepianie Jan Smoczyński przyczynili się w ogromnym stopniu do sukcesu tego wieczoru. Czy Kayah wejdzie w rolę divy śpiewającej dramatyczne Warszawo ma, czy popłynie z nurtem etno, śpiewając po romsku czy arabsku (Lamma Bada) – to nie ma znaczenia. Kayah jest artystką porywającą sale koncertowe i nie chcę na nowy studyjny album czekać kolejnych trzech lat.

Nie ma więcej wpisów