W czasach kiedy światowego formatu gwiazdy muzyki popularnej prześcigają się w pomysłach na zainteresowanie coraz bardziej rozpuszczonego fana, ona postanawia wydać płytę wbrew panującym zasadom promocji. A może inaczej – Beyoncé po raz kolejny udowadnia, że jej popularność nie jest efektem przypadków, a skrzętnie przemyślanymi zabiegami zarówno marketingowymi, jak i wizerunkowymi. I ja to kupuję.

Lady Gaga wymyśla autorską filozofię do najnowszego krążka i przekonuje wszystkich, że jest artystką-wizjonerką. Katy Perry z albumu na album staje się coraz bardziej infantylna. Britney Spears nawet gdyby nagrała płytę heavy-metalową, to i tak nie wzbudziłaby nią większego zainteresowania. O Miley Cyrus nie wspomnę. Czy żyjemy w czasach, w których artyści tak bardzo rozbestwili swoich fanów, że trudno jest im przeskoczyć wysoko postawione przez siebie poprzeczki? Czy może muzyka stała się w tym przypadku pojęciem marginalnym, a prym wiedzie szokowanie słuchaczy? W dzisiejszych czasach już nie wystarczy mieć talent, aby sprzedawać milionowe nakłady płyt, a pamiętajmy, że o takich ilościach w tym przypadku mówimy.

Moglibyśmy tutaj sobie gdybać godzinami, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Być może jest tak, że każda z tych artystek znalazła swoją niszę i w bardziej bądź mniej przemyślany sposób próbuje ją zagospodarować. Jeżeli tak faktycznie jest, to zdecydowanie należę do krainy, w której władze sprawuje Mrs. Carter. I sukces ten rozpatruje w kategorii muzyki popularnej, która w ostatnim momencie złapała lekką zadyszkę, a dzięki takiej płycie jak ta, dostaje w swoje zasmolone muzyczną papką płuca haust świeżego powietrza. Wystarczy popatrzeć na to, co wydarzyło się na przełomie kilku lat w tym gatunku muzycznym. Ze wszystkich stron wylewa się golizna, wyuzdanie, wulgaryzmy i taniość. To właśnie taniość zawładnęła muzyką popularną w ostatnich czasach i zaczęła wręcz na nią chorować.

13 grudnia nastąpiła pewna zmiana, która być może spowoduje pewien przełom w muzyce pop. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że najnowszy album Beyoncé tylko przez weekend sprzedał się na iTunsie w nakładzie 828,8 tys. egzemplarzy płyty na całym świecie. Jeżeli taki wynik osiąga się bez wcześniejszej reklamy i zapowiedzi, to o czymś to świadczy, prawda? To ogromny sukces całego zespołu, który składa się na maszynę pod nazwą Beyoncé.

Piąty studyjny krążek zaczął powstawać już w zeszłym roku. Do pracy nad nim artystka wraz z mężem Jay’em Z zaprzęgła Timbalanda, Justina Timberlake’a, The Dreama i Pharrella Williamsa – to się musiało zakończyć komercyjnym sukcesem. Jeżeli poszukujecie rewolucyjnych zmian w brzmieniu czy warstwie tekstowej, to tutaj ich nie znajdziecie. Beyoncé przyzwyczaiła wszystkich do konsekwentnego drążenia w gatunku R&B i tak jest i tym razem. To, co wyróżnia ten krążek na tle czterech poprzednich, to świetna warstwa produkcyjna. Bo to powinien przyznać każdy, kto tylko zapozna się z tą płytą od pierwszego do czternastego numeru. Producenci wykonali tutaj kawał niezłej roboty. Wystarczy wymienić takie smaczki jak chociażby hipnotyzujący swoim orientalnym klimatem Haunted, kuszący swoistą muzyczną seksualnością Drunk in Love czy kawałek XO, który – okraszony elektroniką – powoduje, że otrzymujemy dawkę świetnej, swobodnej kompozycji, którą aż chce się zapętlać.

Za sprawą takich płyt zaczynam wierzyć, że w muzyce pop jeszcze wiele można zdziałać i wcale niepotrzebne są do tego gołe tyłki czy wijące się jęzory. Nadal więc wyznaję zasadę, że na pierwszym planie powinna brzmieć dobra kompozycja, a cała promocyjna szmira powinna być tylko tłem. Jeżeli jest na odwrót, to chyba wszystko wiadomo. Beyoncé wydała piąty, zdecydowanie jeden z lepszych krążków w solowej karierze. Zapoczątkowała nim nowy trend, oby tylko koleżanki z branży nie przespały tej lekcji, a sporo z niej wyniosły.

Nie ma więcej wpisów