Spotkanie z Dick4Dick zawsze, ale to zawsze w moim przypadku wygląda tak samo – słucham i sama nie wiem czy mi się podoba, czy nie. Określenie dziwny zawsze najbardziej do tego składu pasowało i nadal pozostaje to bez zmian. Jednak ich piątka w swojej dziwności niesie nieco więcej – jest swoistą syntezą tego, co Dick4Dick mają zapisane w swoich CV, a pokazują to na tle syntetycznych, tanecznych melodii.

Najnowsze dziecko gdańskiego kwartetu nazywa się po prostu 5. Prosty tytuł to ostatnio częsty zabieg wśród artystów nie tylko z naszej rodzimej sceny, w sumie nie jest to taki głupi pomysł – u nie nasuwa on żadnych skojarzeń, nie podsuwa pomysłów na interpretację  – zwykła cyfra, ot co. Panowie zdecydowali się w przypadku 5 na nieco powrotów – do nazwy i niemal do pierwotnego składu. Tym razem nie ma gości specjalnych, za to króluje disco wymieszane z elementami alternatywnego rocka, klubowej elektroniki i odrobiną dobrego popu. To całkiem taneczny album patrząc na to jak na poszczególne utwory reagują mimowolnie kończyny ludzkiego ciała. Przynajmniej w moim przypadku się to sprawdza. W końcu energii na tym krążku też jest niemało. Kompozycyjne dopracowanie każdego z utworów widać na pierwszy rzut oka (choć powinnam powiedzieć ucha). Jednak odnoszę lekkie wrażenie, że im dalej idziemy w ten las muzyki tym jakimś cudem spada swego rodzaju przebojowość utworów znajdujących się na samym początku tej drogi. Już sam instrumentalny Początek wprowadza – bardzo konkretnie – w klimat całego krążka. Za to do teraz tak naprawdę nie pamiętam (a przesłuchałam album od deski do deski przynajmniej dziesięć razy) jakim utworem to wszystko się kończy.

Na szczególną uwagę zasługuje tutaj warstwa tekstowa, która u Dicków zawsze była dość znacząca. Abstrakcyjnie zestawione ze sobą słowa i wersy może i mogą sprawiać jakąś trudność interpretacyjną, dlatego kiedy za pierwszym razem wsłuchujesz się w kolejne wersy myślisz sobie co to jest do cholery. Nie jest to jednak powód żeby się zrazić i odrzucić drążenie – polecam dotrzeć chociaż do połowy płyty – nie oderwiecie się, gwarantuję – umiejętna żonglerka słowem potrafi przyciągnąć na długi czas. Panowie zawsze dosadnie pisali o tym co nas otacza, tym razem nie jest inaczej. Ponadto na 5 znalazł się kawałek mogący śmiało wystartować w konkursie na hymn Internetu i zdecydowanie nie miałby w swojej kategorii równych. Uśmiechnięty pies raczy nas oto takimi fragmentami, z których co jeden to trafniejszy: Padła sieć, od razu zjem, nie muszę robić zdjęć czy Mój fejs is dead – proponuję seks. Przykra to zacyfrowana rzeczywistość, ale tak to właśnie teraz wygląda. Wracając jednak do tematu płyty, jedno jest pewne – te chłopaki mają dobre obserwatorskie oko i dystans do samych siebie. Ponadto pokolenie kwejka i instagramu powinno odnaleźć tam siebie, bez dwóch zdań, tylko nie strzelajcie od razu fochów. Ja nie strzelam. Od lekkiej i bardzo trafnej szydery jeszcze nikt nie umarł. Wracając jednak do samych początków, już promujący wydawnictwo singiel Tak czy nie? ma w sobie fajne maksymy – oczywiste w swojej oczywistości, jednak wcale nie tak często przez nas stosowane. Za to już tytułując jeden z utworów słowami Złamana Brzoza zahaczają oni o bardzo newralgiczny temat w tym kraju. To nie jeden moment, w którym zwyczajnie nabijają się z problemów polityczno-społecznych dzisiejszej Polski, jednak trzeba przyznać – udaje im się to jak mało komu.

Na 5 powróciła pierwotna energia Dick4Dick – jest inaczej, jest znów dziwnie, jest właśnie tak jak powinno być w ich przypadku. Grupa bezczelnych prowokatorów i kabareciarzy ponownie udowadnia, że muzycznie mają oni jeszcze wiele do powiedzenia.  Czy można powiedzieć, że 5 jest najbardziej świadomym, dojrzałym i przede wszystkim przemyślanym albumem Dick 4 Dick? Myślę, że tak. W jednym z wywiadów padło określenie, że Dicki przedstawiają rockowe uderzenie z elektronicznym najądrzem i to właśnie te słowa najlepiej oddają charakter tego, co na ich najnowszej płycie można znaleźć.

Nie ma więcej wpisów