Droga do sukcesu bywa długa i kręta. Czasami trzeba spróbować wielu rozwiązań, by osiągnąć zamierzony cel. Tak było w przypadku Jamesa Arthura, któremu drzwi do kariery otworzył dopiero udział w popularnym talent-show. Wyśpiewany przez niego w finale cover utworu Impossible nie tylko pozwolił mu na wygraną w programie, ale stał się również międzynarodowym przebojem. Sam Arthur zaś zgromadził dzięki niemu rzeszę fanów na całym świecie, którzy niecierpliwie wyczekiwali jego debiutanckiego albumu.

Nad produkcją pierwszej płyty Brytyjczyka czuwali uznani producenci – Salaami Remi, który dbał o brzmienie krążków Amy Winehouse i Miguela, a także Naughty Boy. Ich profesjonalizm jest bardzo słyszalny. Pod względem produkcyjnym tej płycie nie można bowiem niczego zarzucić. Co prawda, nie uraczymy na niej żadnej muzycznej rewolucji, jest to jednak jeden z tych albumów, obok których nie można przejść obojętnie.

James Arthur pełen jest chwytliwych melodii, których popowe brzmienie zabarwione jest elementami r’n’b, soulu, funku czy hip-hopu. Mnóstwo na nim przestrzeni, które generowane są przez oldschoolowe bity rodem z lat 60., np. w otwierającym You’re Nobody Till Somebody Loves You, smyczki, które usłyszymy w Get Down czy też delikatne brzmienie elektroniki w Recovery. Klimatu dodają chórki, które wprowadzają do całości element stylistyki gospel. Dzięki temu cały krążek, choć bardzo zróżnicowany, brzmi tak, jakby wypuszczono go w wytwórni mieszczącej się w nowojorskiej dzielnicy Harlem. Nie odbiega od tego nawet ostatni kawałek, Flyin’, w którym James wciela się w postać rapera, ale który przez dźwięk saksofonu ma sporo jazzowego charakteru.

Ta płyta to jednak nie tylko przebojowe, energiczne numery jak np. Is This Love, który jest moim absolutnym faworytem. To także piękne, nastrojowe ballady, okraszone subtelnym dźwiękiem gitary jak np. Roses wykonywana w duecie z Emeli Sandé oraz oparta na bębnach, smyczkach oraz pianinie Certain Things, w nagraniu której udział wzięli Chasing Grace.

Warstwa tekstowa dotyka silnych emocji i przeżyć. W trzynastu utworach, które znalazły się na albumie, usłyszymy o miłości (if there is one thing that I’m guilty of / it’s loving and giving when you take too muchSuicide), o wewnętrznej sile i nadziei (and I know no matter how much colder / or how much I carry on my shoulder / as long as I’m standing I’ll be closer / ’cause it ain’t over ’til it’s over – Get Down) oraz pokonywaniu problemów i przeciwności (in my recovery / I’m a soldier at war / I have broken down walls / I defined I designed – Recovery). James jest współautorem wszystkich kompozycji, co powoduje, że w jego wykonaniu wypadły one bardzo autentycznie.

James Arthur to płyta dobra, a nawet bardzo dobra. Artysta w pełni wykorzystał na niej swoje warunki wokalne, prezentując bardzo ciekawą barwę głosu oraz jego siłę. Wokale Jamesa w pełni oddają wyśpiewywane przez niego emocje, dzięki czemu możemy sami przeżywać opowiadane w tekstach historie. Ten album uzależnia. Sama zapętlałam go przez kilka dni, bo trudno było mi się od niego oderwać. Nie ma zatem chyba lepszej rekomendacji do jego przesłuchania.

Nie ma więcej wpisów