Daniel Spaleniak to młodzieniec pochodzący z Kalisza, a obecnie mieszkający w mieście Łódź. Ale nie o pochodzeniu tutaj będzie mowa, a o talencie do pisania pięknych piosenek, który posiada ten chłopak. Daniel Spaleniak już niebawem zagości i w Twojej głowie!

Kiedy kilka dni temu Filip z zespołu We Call It a Sound napisał do mnie wiadomość na Facebooku: – Rzadko to robię, ale chciałbym coś zarekomendować. Uważam, że warto pomóc temu chłopakowi nie zginąć w polskich wydawnictw tłumie. Ręczę za niego, bo kibicuję mu, odkąd poznałem. – podsyłając zarazem link do klipu obrazującego utwór My name is wind. Już wtedy czułem, że i ja zostanę wiernym fanem Daniela Spaleniaka.

Zacząłem więc szperać w poszukiwaniu informacji na jego temat. Na początek odkryłem fan page, na którym Daniel dzieli się twórczością. W informacji na swój temat zamieścił krótką notkę brzmiącą dokładnie tak: I’m a man who likes playing the guitar, that’s all. Zapomniał jednak dodać, że robi to w sposób zjawiskowy i hipnotyzujący. Szperałem dalej i wyszperałem jego oficjalny kanał Soundcloud, na którym umieszcza swoją muzykę. Już wtedy, po przesłuchaniu tych jedenastu utworów, wiedziałem na 100%, że mam do czynienia z osobą wyjątkową, a jego twórczość będzie mi towarzyszyła przez najbliższe miesiące.

Uświadomiłem sobie, że poza enigmatycznymi informacjami zamieszczonymi na jego fan page’u, nie wiem nic więcej. Postanowiłem, więc odezwać się do Daniela i zapytać o kilka kwestii, które w tym czasie zrodziły się w mojej głowie. Ciekawiło mnie, w którym momencie i jaki bodziec skłonił go do zajęcia się muzyką: – Na gitarze nauczył mnie grać mój tata. Kończąc 16 lat zdałem sobie sprawę z tego, że nagrywanie i wymyślanie utworów stało się dla mnie najciekawszym sposobem spędzania wolnego czasu. Nagrałem kilka piosenek i wrzuciłem je do sieci. Ku mojemu zaskoczeniu reakcje były bardzo pozytywne. Takie były moje początki. – wyjaśnia Daniel.

Do tej pory – poza kilkoma luźnymi utworami – wypuścił EP-kę zatytułowaną Memories, na której znajdziecie siedem autorskich kompozycji. Jednak tylko na dwóch słychać wokal Daniela. Zapytałem go o to, bo wydaje mi się, że to właśnie wokal jest jego największą wartością: – Wtedy nie zwracałem uwagi na śpiewanie, bardziej skupiony byłem na samej melodii. Później, doszedłem do wniosku, że utwory z wokalem są dla mnie samego bardziej atrakcyjne. Kiedyś śpiewałem zupełnie inaczej. Stopniowo, mój głos się zmieniał i formował, nabierał barwy.

Te zmiany w jego śpiewaniu doskonale słychać na przestrzeni kilku utworów, które nagrał w różnych odstępach czasu. Z całą pewnością wpływ na finalny obraz tego jak brzmi dziś, miała muzyka, którą słucha w domowym zaciszu: – Obecnie słucham dużo Kurta Vile, Nicka Cave’a i Grizly Bear. Lubię Sama Amidon’a, Devendre Banhart. Ostatnią jego płytę zasłuchałem chyba na śmierć. Wcześniej nie mogłem się oderać od Dylana, z resztą nadal jest jednym z moich ulubionych muzyków. Na ścianie w moim mieszkaniu wisi jego ogromny plakat.

Debiutancki materiał, który ukaże się na płycie Dreamers jest już gotowy, a zapowiadającym go singlem jest właśnie utwór My name is wind, do którego powstał klip autorstwa Weroniki Izdebskiej. Jak powstawał materiał na debiutancki album? – Nie widzę sensu w robieniu muzyki na siłę. Kiedy miałem nagrywać jakiś utwór, po prostu to czułem. W jakimś sensie było to dla mnie jasne, że jeśli wezmę w tym momencie do rąk gitarę to uda mi się coś nagrać. Po kilku godzinach utwór był gotowy. Nie wyobrażam sobie tworzenia piosenek inaczej. Kiedy odkłada się projekt na później coś się traci. Nie czuje się tego w taki sam sposób jak na początku, aura znika.

Muzyka Daniela przepełniona jest emocjami i sprawia, że w głowie rodzą się przedziwne obrazy. Ciekawiło mnie w jaki sposób odbiera muzykę i co dla niego znaczy: – Muzyka ma ogromny wpływ na moje życie, gdyby nie ona, nie byłbym teraz tu gdzie jestem, nie znałbym tych ludzi którzy są wokół mnie i na pewno nie odpowiadałbym na te pytania.

Na koniec zapytałem o miejsce, krainę, w której umiejscowiłby zarówno siebie, swoje myśli jak i emocje. Odpowiedź wcale mnie nie zaskoczyła: – Gdzieś gdzie jest dużo przestrzeni. Jakieś odludne, naturalne miejsce. Odpowiadając na to pytanie, mam przed oczami chatkę, nad jeziorem Walden, w której mieszkał Thoreau.

Nie ma więcej wpisów