Pomimo tego, że jestem fanem wydawnictw Clipse, czyli No Malice’a i Pusha T, na solowy album tego drugiego specjalnie nie czekałem. Raper pokusił się o solowy debiut dosyć późno, bo w wieku 36 lat, ale należy przyznać, że jest to produkcja bardzo udana, której trudno mi przestać słuchać. Dostałem więc za swoją ignorancję… Wydaje mi się również, że pomimo rozpoznawalności marki Clipse, dopiero płyta My Name Is My Name wpisała Pusha T do panteonu świeżych gwiazd amerykańskiego rapu. Druga muzyczna młodość wyszła mu na pewno na dobre, więc miejmy nadzieję, że w najbliższych latach jego kariera nabierze oczekiwanego przez fanów rozpędu.

Bity wydawnictwa stoją na najwyższym poziomie. Raper zebrał podkłady momentami urzekające swoją prostotą, przeplatając je z tymi nieco bardziej rozbudowanymi. Tylko nieco, ponieważ na albumie nie uświadczymy męczących cykaczy i przejściówek złożonych z kilkunastu efektów dźwiękowych, które nie pozwoliłyby na skupienie się na stonowanej nawijce rapera. Wśród producentów albumu znaleźli się m.in. Kanye West, Swizz Beatz, Hudson Mohawke, Pharrell Williams, The-Dream, Nottz czy No I.D. Wśród tych wartych odnotowania kawałków zaznaczyłbym: Numbers On The Boards, Sweet Serenade (nie przepadam za Chrisem Brownem, ale w ten numer wpasował się idealnie), Suicide, Let Me Love czy Nosetalgia. Na albumie usłyszymy wielu gości, czego nigdy nie uznaję za walor, z założenia, solowego wydawnictwa. Wśród wartych zaznaczenia występów są niewątpliwie: udział jak zwykle świetnego Kendricka Lamara w Nosetalgia, wspomnianego Chrisa Browna w Sweet Serenade czy Ricka Rossa w Hold On. Reszta jest mniej lub bardziej potrzebna, raz rzucając pretensjonalną zwrotkę lub po prostu zgrabnie zapełniając refren. Pomimo tego, album jest świetnie wyprodukowany, brzmi spójnie i idealnie pasuje do gospodarza – zarówno tego współczesnego, jak i z czasów świetności Clipse.

Najważniejszym elementem płyty jest jednak sam gospodarz. Lekko chropowaty głos, ciekawe, momentami wręcz hipnotyzujące flow i niewątpliwy talent do składania wersów powodują, że nawet przy słabszym kawałku, raper nie pozwoli go nam przełączyć. Podobnie jak Drake, oczywiście wykorzystując zupełnie inny styl, Pusha T potrafi zrobić użytek z bitowego minimalizmu.

Tekstowo, na albumie przeważa motyw kokainy, który jest punktem wyjścia dla różnych autopsyjnych historii, jak i wytykania hipokryzji kolegom z branży. Fanów Clipse tematyka ta dziwić na pewno nie będzie, biorąc pod uwagę, że cocaine rap był zawsze ich elementem rozpoznawczym, a krążek Hell Hath No Fury jest uznawany za jeden z najważniejszych albumów tego nurtu.

My Name Is My Name jest bez wątpienia jednym z czołowych albumów hip-hopowych ubiegłego roku. Na pewno przepadł wśród niektórych słuchaczy w natłoku tych najgłośniejszych premier, ale warto się z nim zapoznać i poświęcić mu trochę czasu, tym bardziej, że raper będzie gościem tegorocznego Open’era. Co jednak najważniejsze, pomimo pewnych wad, album ten broni się świetną produkcją i przede wszystkim charyzmą gospodarza. A to, jak słychać, czasami w zupełności wystarczy.

Nie ma więcej wpisów