Warpaint nowicjuszkami już nie są, mimo dopiero drugiego krążka na koncie, istnieją od mniej więcej 10 lat, co daje im status weteranek. Czasem decyzja o tym, żeby nie spieszyć się z wydawaniem debiutanckiego materiału może okazać się prawdziwym błogosławieństwem, ten kwartet z Los Angeles pierwszy raz objawił się szerszej publiczności w formie wysoko rozwiniętej i dojrzałej, momentalnie wzbudzając szacunek krytyków.

Ich drugie dzieło podąża wcześniej obranym szlakiem zawiłych riffów i melancholii obecnej w każdym tonie. Ciężkie gitary i głęboki bas tworzą gęstą atmosferę przypominającą najlepsze albumy PJ Harvey, ale są także jaśniejsze momenty takie jak singlowe Love Is To Die z dekadenckim, pełnym cierpienia tekstem. Osobiście uwielbiam moment, kiedy zwrotka nagle przechodzi w refren, jest to jeden z ciekawszych stylistycznych zabiegów kiedy w jednej sekundzie ton całej piosenki się zmienia i mrok nagle przechodzi w jasność.

Więcej tak melodyjnych momentów jak Love Is To Die na tym krążku praktycznie nie ma, w Hi dominuje duch wspomnianej już PJ, ale także pojawia się nowa zabawka, którą dziewczyny odkryły podczas nagrywania tego krążka. Monotonny wokal na tle głębokiego basu urozmaica automat perkusyjny, który ożywia piosenkę bardziej niż tradycyjne bębny.

Disco//Very to pierwszy autentycznie taneczny kawałek Warpaint i brzmi dokładnie tak jak można było to przewidzieć: dziwnie, ale fascynująco, przerażająco, a wręcz demonicznie za sprawą połączonych sił wokalnych wszystkich dziewczyn, które brzmią jakby właśnie rzucały na kogoś klątwę.

Minusem tego albumu jest obecna w zbyt dużym stopniu monotonia, piosenki wymagają czasu i skupienia, ale mimo wszystko nie każdy kawałek zyskuje przy bliższym poznaniu. Kiedy zagłębimy się w Go In docenimy leniwy, lekko bluesowy klimat utworu i delikatne, psychodeliczne wokale, Biggy także ma swój ponury urok, który nie od razu się ujawnia, jednak CC czy Drive nie mają punktu zaczepienia, ani jednego momentu, dla którego warto by do nich wrócić. Co gorsza, zbyt rozciągnięte wokalizy kojarzą się bardziej z improwizacją podczas próby, a nie z w pełni ukształtowaną linią melodyczną skończonej piosenki.

Do samego końca jednak warto wytrwać, bo album zamyka Son, przepiękna ballada,w której wszystko jest na swoim miejscu, pianino stanowi podstawę, którą idealnie dopełniają melodyjne gitary, a wszystko okraszone jest ledwo słyszalną, lekuteńką perkusją. Niezywkle oryginalnym zabiegiem jest sposób w jaki zarejestrowano tę perkusję, czyniąc ją w większym stopniu dodatkiem niż tym czym zawsze jest, czyli podporą utworu.

Z wywiadów wynika, że album z założenia miał być minimalistyczny, jako że dziewczyny uznały poprzedni za zbyt przeładowany dźwiękami, cel osiągnęły, ale czy efekt jest zadowalający? Warpaint to krążek w połowie zachwycający, a w połowie nużący, artystkom nie brak odwagi, bo nie mają tak ogromnej rzeszy oddanych fanów jak Radiohead i eksperymentując trochę ryzykują, aczkolwiek podczas tych eksperymentów zatraciły to co powinno być ważne, czyli melodię.

Nie ma więcej wpisów